Miesiąc: Listopad 2010

Fiku miku w Koperniku

Tych paru wiernych Czytelników, którzy czekają być może na dalszą część notki o kandydozach, upewniam, że ta notka będzie. Wprawdzie jest jeszcze surowa, ale się gotuje. I kiedy tylko się ugotuje, na pewno ją podam na stół. Tak więc stay tuned.

A dzisiaj po prostu musiałam napisać to, co napisałam. Czasem człowiek musi, inaczej się udusi, nieprawdaż. Przeczytałam bowiem ten artykulik na bezbłędnym jak zwykle portalu gazeta.pl. Wszystkich zachęcam do zapoznania się – nie tylko z tekstem, ale i z filmikiem tam się znajdującym. Jest fascynujący.

Ja natomiast w tym czasie udam się pod stół, na czworakach. I będę tam odszczekiwać moje niecne i krytyczne zdanie o Centrum Naukowym Kopernik. Hau, hau, hau. Bo okazuje się, że CNK zabrało się jednak za naukowe podejście do sprawy. I to od właściwej, sugerowanej zresztą przeze mnie (dodam nieskromnie), strony – patrz ostatnie zdanie notki o otwarciu Centrum. Gdyż albowiem będzie mowa o seksie! I to nie o jakichś bredzeniach seksuologów na temat jak to ludzie są różni i mają różne upodobania. Że część kobiet to coś tam, a część mężczyzn to inne coś tam, a z drugiej strony – inna część kobiet i mężczyzn to coś tam zupełnie innego, a w ogóle to różnie bywa. Nie, CNK podchodzi do kwestii bardzo twardo, naukowo i niestereotypowo.

Seks na tylnym siedzeniu samochodu. Normalka, wszyscy, absolutnie wszyscy o tym marzą i żadnych w tym stereotypów szczęśliwie się nie uświadczy. Wciskając kolejne guziczki (biegów), pokonujemy kolejne granice intymności, dochodzimy do stosunku. Jak pięknie, jak romantycznie. Jak zupełnie to nie kojarzy się z rozpaczliwymi listami do gazet pod hasłem – droga redakcjo, poradźcie, moja dziewczyna nie ma ze mną orgazmu, co mam Z NIĄ zrobić? Gdzie nacisnąć, gdzie posmyrać, gdzie dotknąć – i w jakiej kolejności – żeby doszło do tego, co czego ma dojść? (marny pun oczywiście intended)

I dobrze, że rada naukowa CNK walczy szczególnie ze stereotypowo romantycznym pojmowaniem (kwiatki, komplementy, delikatne przekraczanie kolejnych granic intymności) seksu przez wiele kobiet. Ze wstydem posypuję głowę popiołem (przy tym odszczekiwaniu rzecz jasna), że i mnie dodawanie gazu, ewentualnie używanie hamulca (że nie wspomnę o rączce zmiany biegów), jakoś tak kojarzyło mi się… hmmm, zbyt mechanicznie? Zbyt bezosobowo? Zbyt wham-bam-thank-you-ma’am? Kobieto, ogarnij się więc. I doceniaj oraz podziwiaj naukowe podejście.

Oraz finezyjność i subtelność mówienia o tej – już wiem, już teraz wiem! – wcale-nie-delikatnej materii.

– Jest gaz, ale i hamulec. Ręcznego nie ma, bo przecież nie mówimy o celibacie – żartował Łukasz Badowski.

Ach, świetny dowcip, jakiż wspaniały. Pod tym stołem, gdzie nadal odszczekuję, robi mi się gorąco (z ekscytacji walorami intelektualnymi ofkors) i muszę się rozebrać. A kiedy dodatkowo słucham błyskotliwych wyjaśnień pana Łukasza na temat, skąd wzięła się nazwa Re:Generacja, macham nawet drżącą ręką na ten porozmazywany na całym ciele popiół. I postanawiam – zupełnie nie wiedzieć czemu – pojechać trochę na ręcznym i pobawić się moimi guziczkami. Po czym dochodzę… DO WNIOSKU dochodzę, że kobiety to jednak są słuchowcami i nic ich tak nie podnieca, jak elokwencja i inteligentna nawijka. Dziękuję ci, Centrum Nauki, za tak rewelacyjną i znakomitą lekcję oraz niesamowitą podróż do świata seksu w garbusie. Kinky.

A na koniec, jak już się ogarnę po tych wszystkich seksownych bon motach, guziczkach i dochodzeniach prowadzonych na ręcznym, muszę jednak wrzucić disklajmer. Znowu piszę tę notkę na podstawie li i jedynie prasowych doniesień. Posypuję więc głowę… a nie, zostawmy już ten popiół, bo znowu skończy się na naciskaniu guzików oraz dochodzeniu, a i szanowny małżonek zacznie się czegoś domagać… ekhm, więc niczego już nie posypując postanawiam polecieć przy najbliższej możliwej okazji do Warszawy. I odwiedzić Centrum. A w ramach tej wizyty spróbuję przekonać się, jak bardzo profesor Głazek nie miał racji, twierdząc przy okazji zwiedzania CNK:

Z nauki nie można robić telewizji i cyrku, bo wtedy się okaże, że na scenie zostali sami klauni

No bo jak to, panie profesorze? Że cyrk? Że telewizja? Przecież taki na przykład garbus to jest obiekt NAUKOWY. Wnoszący mnóstwo wiedzy, nauki, edukacji oraz poznania w skromne życie zwiedzających, oraz pokazujący, że relaks to nie tylko piwo na tylnym siedzeniu samochodu. Oj, mam wrażenie, że nie tylko mnie należy się chłosta – za karę za niesprawiedliwe i krzywdzące opinie o CNK.

Reklamy

Kandydoza (I)

ResearchBlogging.org

Kandydoza teoretycznie powinna być jak koń: czyli jaka jest – każdy widzi. Tymczasem, kiedy wrzuci się do sieci takie hasło (ewentualnie pokrewne: Candida, candidiasis, itp.), można dowiedzieć się o straszliwych i dziwacznych przewlekłych kolonizacjach jelita, które w dodatku łączą się z tegoż jelita przeciekaniem, z autyzmem, a przy tym leczy się to najfantazyjniejszymi sposobami. O dziwactwach wspominał już jakiś czas temu Bart, ja natomiast mam zamiar przedstawić kandydozę jak konia właśnie – czyli tak, jak wygląda jedno z najważniejszych i najpowszechniejszych zakażeń grzybiczych u ludzi. Notka będzie długa (Czytelniczko, Czytelniku – zostaliście ostrzeżeni) i podzielę ją na parę części. Co nie znaczy oczywiście, że informacje będą wyczerpujące – nie, będzie to raczej wstęp do wstępu do wstępu o kandydozach. I opowie w paru słowach o biologii grzybów z rodzaju Candida, o terapii przeciwgrzybiczej, o diagnostyce, o powodowanych przez te grzyby najróżniejszych zakażeniach, a na koniec także o schorzeniach, których akurat one nie powodują, choć mnóstwo ludzi im to z lubością wmawia.

Aha, i zgodnie z obietnicą – nie będzie ostrzeżeń o drastycznych ilustracjach :-P

Grzyby z rodzaju Candida zaliczane są do drożdżaków. W określonych warunkach potrafią jednak wytwarzać formy wydłużone (strzępki, pseudostrzępki). Można więc o nich mówić także jako o grzybach polimorficznych (nie mylić z grzybami dimorficznymi, którą to nazwą w zasadzie określa się jeszcze inną grupę drobnoustrojów). Drożdżaki Candida występują na ogół w postaci pojedynczych komórek i rozmnażają się przez pączkowanie tych komórek. Nie wytwarzają grzybni.

Tak wygląda pączkująca komórka Candida albicans, niezabarwiona, powiększona 400 razy (mikroskop kontrastowo-fazowy). Zdjęcie pochodzi z Microbe Library; w tym samym miejscu wytłumaczone jest też, jakie to warunki powodują zmianę morfologii komórek drożdżaka.

A tak wyglądają kolonie Candida albicans – przypominają kolonie bakteryjne raczej, niż kożuchowate i włochate kolonie grzybów pleśniowych (z Public Health Image Library):

 

Grzyby z rodzaju Candida występują powszechnie na całym świecie i stanowią najczęstszą przyczynę zakażeń grzybiczych u ludzi. Zakażenia te określa się nazwą zakażeń oportunistycznych, co oznacza, że grzyb normalnie występuje w otoczeniu człowieka (na liściach roślin, w wodzie, w glebie, a także w otoczeniu szpitalnym), bezobjawowo kolonizuje skórę i błony śluzowe zdrowych ludzi, a w pewnych wypadkach powoduje objawowe infekcje. Komórki drożdżaków normalnie znajduje się w jamie ustnej, pochwie, oraz w jelitach (szczególnie w okrężnicy). Uznaje się, że od 40 do nawet 80% zdrowych ludzi na świecie jest skolonizowanych przez te drobnoustroje. Warto więc zdawać sobie sprawę z faktu, że samo wykrycie pojedynczych komórek Candida w pochwie na przykład absolutnie nie musi świadczyć o zakażeniu; może świadczyć tylko o ich tam obecności.

Co innego, jeśli w diagnostyce obserwuje się pewne zmiany morfologii i fizjologii grzyba. Wytwarzanie białek adhezyjnych, które umożliwiają Candida przyleganie do komórek nabłonkowych, produkcja enzymów (proteaz, fosfolipaz), tworzenie biofilmu, zmiany fenotypowe – wszystko to ma znaczenie dla zwiększonej zjadliwości mikroorganizmu. Wielu mykologów zgadza się również, że wytwarzanie przez drożdżaki form wydłużonych oznacza większą inwazyjność. Choć tu należy zauważyć, że Candida albicans występować może w postaci pojedynczych komórek, strzępek i pseudostrzępek zarówno jako komensal, jak i jako patogen (czyli sowy nie muszą być tym, czym się wydają).

Zabarwiony metodą Grama wymaz z pochwy. Widoczne na nim są komórki drożdżaka – ciemnofioletowe (drożdżaki barwią się Gram-dodatnio) jajowate formy, ale z nich wyrastają także formy wydłużone (też ciemnofioletowe). Widać też duże różowe komórki nabłonkowe oraz liczne pałeczki Gram-ujemne (również różowe) (z Microbe Library).

Zakażenie skóry spowodowane przez Candida sp. Nie widać form wydłużonych (z Microbe Library).

Żeby doszło do zakażenia oportunistycznego, potrzebne są czynniki sprzyjające. W przypadku kandydoz są one bardzo liczne: fizjologiczne (ciąża, bardzo młody lub podeszły wiek), urazowe (oparzenia, maceracja tkanek, inne współistniejące zakażenia), immunologiczne (neutropenia, zaburzenia funkcjonowania odpowiedzi komórkowej układu immunologicznego, AIDS), endokrynologiczne (cukrzyca, choroba Addisona), jatrogenne (operacje chirurgiczne, cewniki, chemioterapia, antybiotykoterapia, stosowanie sterydów, stosowanie tabletek antykoncepcyjnych) oraz inne (niedożywienie, wstrzykiwanie narkotyków). Przy takich czynnikach sprzyjających kandydoza pojawia się dość często – dość wspomnieć, że wśród czynników etiologicznych wszystkich szpitalnych zakażeń krwi w USA, Candida spp. są na czwartym miejscu (na oddziałach pediatrycznych nawet na trzecim), w dodatku niektóre z takich zakażeń są bardzo ciężkie i przebiegają ze sporą śmiertelnością.

Znanych jest ponad 200 gatunków należących do rodzaju Candida, jednakże zakażenia u ludzi wywołuje niewiele z nich. Ogromna większość kandydoz na całym świecie (np. ponad 95% wszystkich zakażeń krwi o tej etiologii) powodowana jest przez pięć gatunków: Candida albicans (zdecydowanie najczęstszy, około 50% infekcji), C. tropicalis, C. parapsilosis, C. glabrata i C. krusei.

Co zwraca uwagę na istotny fakt – że kandydozy nie wywołuje jakiś tam mętnie nieokreślony drożdżak, ale wyżej wymienione konkretne gatunki. Ważne jest to dlatego, że epidemiologia kandydoz zmienia się na naszych oczach – coraz częściej kłopoty lekarzom i pacjentom sprawiają gatunki do tej pory rzadsze (jak C. tropicalis czy C. glabrata). A nie jest to tylko problem akademicki, bo gatunki te mogą mieć zupełnie różne profile wrażliwości na leki przeciwgrzybicze. Pominąwszy nawet ogólnowojskowe występowanie oporności na te leki (co zdarza się coraz częściej, także u C. albicans, podobnie jak narastające zjawisko antybiotykooporności u bakterii), wiadomo na przykład, że C. glabrata jest w sporym stopniu oporna na flukonazol (jeden z najskuteczniejszych leków przeciw drożdżakom), a C. krusei w ogóle dysponuje wrodzoną opornością na ten lek, a także obniżoną wrażliwością na amfoterycynę B (inny, silny lek przeciwgrzybiczy). Inaczej mówiąc, diagnostyka – oraz terapia – kandydoz mogą być nieco bardziej skomplikowane, niż zwierzenia na forach pod hasłem – dolegało mi coś nieokreślonego, łyknąłem flukonazol, po którym mi przeszło/nie przeszło, w związku z czym na pewno mam przewlekłą candidę, z przeciekaniem jelita włącznie.

Spektrum kliniczne kandydoz jest bardzo szerokie. Zakażenia mogą dotyczyć każdego narządu i układu w organizmie człowieka. Można je podzielić na: I. infekcje skóry i błon śuzowych (czyli powierzchniowe), II. zakażenia inwazyjne (czyli te, które penetrują głębiej) zwane także układowymi czy rozsianymi (których nie należy mylić z dziwadłem w postaci kolonizacji wszystkiego i „przewlekłej candidy”), oraz III. inne.

Zakażenia skóry i błon śluzowych

 1. Bezobjawowa kolonizacja

Nie jest to oczywiście schorzenie jako takie (bo nie ma objawów klinicznych), ale może, w niektórych przypadkach, być do niego wstępem. Ponadto dobrze pokazuje, jak częsty mamy kontakt z grzybami. Kolonizacja dotyczy: jamy ustnej (Candida spp. są częścią flory u 25 – 50% zdrowych osób); układu pokarmowego (główny rezerwuar drobnoustroju); pochwy (notowana u 50% kobiet, częściej zdarza się u pań leczonych antybiotykami, ciężarnych, chorych na cukrzycę i na AIDS); dolnej części układu oddechowego (teoretycznie sterylnej, ale drobnoustroje – w tym Candida – zdarzają się tam i mogą świadczyć o zwiększonym ryzyku zakażenia inwazyjnego); układu moczowego (rzadko) oraz skóry osób zdrowych oraz chorych z ranami.

2. Zakażenie skóry

Jest to prawdopodobnie najczęstsza postać kandydozy. Dotyczyć może każdego regionu skóry, zarówno owłosionej, jak i nieowłosionej. Najczęściej występuje tam, gdzie skóra jest wilgotna i ciepła: pod pachami, w pachwinach i całej okolicy genitalno-analnej, w okolicach żołędzi i napletka, na nakrywanych częściach owłosionych ciała, pod biustem oraz między fałdowaniami oponek brzusznych, a także w okolicach, gdzie dzieci noszą pieluszki (diaper rash). Objawia się dokuczliwym swędzeniem i zaczerwienieniem skóry z występowaniem wyprysków. Zdjęcie stąd.

3. Kandydoza jamy ustnej i gardła

Candida spp. występują normalnie w jamie ustnej. Do zakażenia dochodzi na skutek zaburzeń immunologicznych u pacjentów, antybiotykoterapii czy terapii immunosupresyjnej, zaburzeń hormonalnych, niedożywienia. Infekcje są szczególnie częste u osób starszych bądź bardzo młodych, ale w ogóle należą do bardzo powszechnie spotykanych zakażeń grzybiczych. Objawiają się w postaci rzekomobłoniastych, białawych, płaskich zmian (thrush) na podniebieniu czy języku, zaczerwienienia na podniebieniu lub języku, oraz zapalenia kątów ust (zwanego zajadami) – zdjęcia poniżej stąd. Towarzyszy temu zwykle ból, dyskomfort, pieczenie, a czasem zmiany smaku. Zakażenia takie są szczególnie ciężkie i trudne do leczenia u chorych z AIDS.

4. Zapalenie przełyku

Najczęściej związane z występowaniem kandydozy jamy ustnej i gardła. Czynniki sprzyjające są te same. Objawia się bólem i trudnościami w przełykaniu, a także bólami w klatce piersiowej. Uważane jest za najczęściej występującą inwazyjną kandydozę u pacjentów z AIDS (choć, ściśle rzecz biorąc, to zakażenie nie jest inwazyjne).

5. Zakażenie paznokci i tkanek okołopaznokciowych (onychomycosis)

Większość takich infekcji powodowana jest przez inne grzyby, zwane dermatofitami. Jednakże Candida spp. odgrywają w nich sporą rolę – uważa się, że szczególnie często powodują zakażenia paznokci u rąk (w odróżnieniu od dermatofitów, które atakują głównie paznokcie stóp). C. albicans odpowiada za około 50% zakażeń paznokci u rąk. Ogólna liczba takich infekcji nie jest znana, gdyż bardzo często pacjenci nie konsultują się z lekarzem, a raczej z manikiurzystką. Czynnikiem sprzyjającym jest prawdopodobnie częste moczenie rąk (czy nóg) w wodzie. Infekcja objawia się zaczerwienieniem i spuchnięciem tkanek wokół paznokcia, a następnie zmianami w samej płytce, która staje się chropowata, nieregularna i powyginana (zdjęcie tradycyjnie stąd).

6. Kandydoza pochwy i sromu (vulvovaginitis)

Tu należy podkreślić, że ten rodzaj kandydozy nie jest uważany za zakażenie oportunistyczne. Niestety, bo występować może swobodnie u absolutnie zdrowych kobiet. Istnieją, owszem, czynniki sprzyjające, ale udowodnionych jest ich niewiele: ciąża, cukrzyca i antybiotykoterapia. Najczęstszym czynnikiem etiologicznym vulvovaginitis jest C. albicans, ale w ostatnich latach narasta liczna zakażeń powodowanych przez C. glabrata. Może to powodować trudności terapeutyczne, jako że jest to grzyb, który gorzej odpowiada na leczenie azolami (czyli tymi lekami, do których należy np. flukonazol).

Prawie wszystkie kobiety w wieku przedmenopauzalnym mają doświadczenie z tym schorzeniem. Około 75% zdrowych dorosłych pań przynajmniej raz w ciągu swojego życia (mowa tu o wieku reprodukcyjnym) miało kandydozę pochwy i sromu. Zakażenie to nie jest zaliczane do infekcji przenoszonych drogą płciową (STI) per se, gdyż może dotyczyć kobiet, które nie mają stosunków seksualnych. Z drugiej strony – jak najbardziej może się drogą płciową przenosić. Świadczy o tym fakt, że kolonizacja penisa u mężczyzn, którzy mają stosunki seksualne z kobietami z vulvovaginitis jest kilkukrotnie częstsza, niż u mężczyn, którzy takich stosunków nie uprawiają. Ponadto opisywano przeniesienie zakażenia na skutek stosunków oralno-genitalnych.

Vulvovaginitis objawia się występowaniem gęstej białawej wydzieliny z pochwy, swędzeniem, a także bólem w okolicach sromu i dyspareunią, choć lekarze muszą zdawać sobie sprawę, że objawy te mogą być bardzo różne u różnych pacjentek. Leczenie zasadniczo nie jest problemem (doustne i miejscowe), problemem za to być może nawracająca  kandydoza pochwy i sromu – szczęśliwie występująca u niewielkiej liczby zdrowych kobiet (poniżej 5%).

7. Przewlekła kandydoza skóry i błon śluzowych (chronic mucocutaneous candidiasis)

Jest niezwykle istotne, aby nie mylić tego schorzenia z czymś, co nazywa się „przewlekłą kandydozą” (chronic candidiasis). „Przewlekła kandydoza” jest jakoby zespołem najróżniejszych objawów (candida hypersensitivity syndrome), które podobno mają występować na skutek kolonizacji grzybem organizmu ludzkiego. Teoria ta powtarzana jest od końca lat siedemdziesiątych XX w., ale nigdy nie została udowodniona i nie ma na jej potwierdzenie wystarczająco wiarygodnych wyników. Innymi słowy – chronic candidiasis nie istnieje, natomiast chronic mucocutaneous candidiasis istnieje jak najbardziej.

Przewlekła kandydoza skóry i błon śluzowych (chronic mucocutaneous candidiasis) związana jest z występowaniem wielu współistniejących schorzeń. Główną rolę odgrywają tu zaburzenia hormonalne, hematologiczne, ale także inne infekcje (grzybicze, wirusowe i bakteryjne), nowotwory oraz nieprawidłowości funkcjonowania układu pokarmowego. Tak naprawdę, cały czas wiele kwestii pozostaje niewyjaśnionych w kontekście tej choroby. Wiadomo, że pacjenci mają zaburzenia odpowiedzi komórkowej układu immunologicznego, co wpływa na jej rozwój. Wiadomo też, że chronic mucocutaneous candidiasis objawiać się może w najróżniejszy sposób – wszystkie powyżej opisane objawy kandydoz powierzchniowych mogą występować u takich pacjentów. Choroba jest bardzo rzadka i niemal zawsze powodowana przez Candida albicans. Diagnostyka i leczenie są skomplikowane.

…………………………………………………………

To wszystko w tej części. Jeśli ktoś ma ochotę na dalsze grzybobranie, zapraszam do kolejnej notki. A mnóstwo niezwykle interesujących informacji można znaleźć tutaj:

1. Kothavade, R., Kura, M., Valand, A., & Panthaki, M. (2010). Candida tropicalis: its prevalence, pathogenicity and increasing resistance to fluconazole Journal of Medical Microbiology, 59 (8), 873-880 DOI: 10.1099/jmm.0.013227-0
2. Zaoutis, T. (2010). Candidemia in children Current Medical Research and Opinion, 26 (7), 1761-1768 DOI: 10.1185/03007995.2010.487796
3. Achkar, J., & Fries, B. (2010). Candida Infections of the Genitourinary Tract Clinical Microbiology Reviews, 23 (2), 253-273 DOI: 10.1128/CMR.00076-09
4. Akpan, A. (2002). Oral candidiasis Postgraduate Medical Journal, 78 (922), 455-459 DOI: 10.1136/pmj.78.922.455
5. Kirkpatrick CH (2001). Chronic mucocutaneous candidiasis. The Pediatric infectious disease journal, 20 (2), 197-206 PMID: 11224843
6. Oraz genialny Doctor Fungus (czyli miejsce, gdzie dowiecie się wszystkiego, co chcieliście wiedzieć o grzybach, a baliście się zapytać).

Prezenty świąteczne

Święta idą, nieprawdaż. Bo przecież jest już druga połowa listopada, a choinki, bombki, łańcuchy, grube mikołaje, jeszcze grubsze słodkie renifery, a także świeczki o zapachu piernikowym obficie pojawiły się w sklepach. I najnowszy Harry P.  jest znakomity (a też ma odrobinę wspólnego ze Świętami), w dodatku, jak każdy kawał świetnie wykonanej roboty, zachwyca: i fajnie groźna Hermiona ze swoją torebką, i Ksenio Lovegood w kalesonkach, i mizerny Lucjusz, i opowieść o trzech braciach, i sposób, w jaki Harry pociesza Hermionę, i…

Ekhm. Miało być o Świętach. I o prezentach, bo czas najwyższy pomyśleć i o nich.

Ponieważ siedzimy, biedni, w tych Stanach jak na wygnaniu i w odłączeniu od jedynie słusznej tradycji, w tym roku kupimy prezenty wyłącznie patriotyczne. I związane z krajem ojczystym, ukochanym i umiłowanym. Kupimy te prezenty sobie nawzajem, a także wszystkim znajomym i przyjaciołom, żeby mieli choć w ten sposób możliwość odczucia polskości, polskiej tradycji, jej piękna i podniosłości.

Oto propozycje tychże prezentów. Ze wspaniałego katalogu z, ekhm, sztuką polską. I tej podobnymi memorabiliami. Na początek – Kościuszko koniecznie. Szczególnie na eleganckim kryształowym wazonie. Z żółtawą ziemią pod kopytami Tadeusza. Absolutnie gorgeous dizajn!

 

Po drugie – z serii „Prezenty dla niego”: pikielhauba. Typowo polski prezent. Jedyna wada – szalenie przydatny, a przecież prezenty nie powinny być aż tak praktyczne. Poza tym w papierowym opisie katalogowym brakuje jednego uroczego zdania – od czegóż jednak internet: This is a decorative item, however, it may become a dangerous weapon if used incorrectly. Incorrectly? I dlaczego jest to prezent tylko DLA NIEGO?! (no, no, niech ONA już nie płacze, na pocieszenie dla niej jest to)

Po trzecie – koszulki. Są prześliczne i gustowne. Znowu niestety, papierowy katalog nie podpisuje ich jako Patriotic Adult Cotton Polish T-shirts. A przecież takie są, no przecież – patriotyzm aż się z nich wylewa.

A na koniec – naprawdę słodki niewysoki Jarek. Doskonały, pachnący pudrem dla dzieci, preze s nt dla każdego.

No, to chyba kwestię prezentów mam załatwioną. A w razie czego – zawsze mogę zajrzeć do katalogu i poszukać mnóstwa innych śliczności.

San Diego – ciąg dalszy

Szczęśliwie wybywamy już jutro z tego miejsca. Nie żeby specjalnie było źle. Niezbyt ciekawie tylko raczej. Ale, nudząc się, przynajmniej miałam okazję dokładnie i wielokrotnie obejrzeć w telewizji narzeczoną księcia Williama (część amerykańskiej TV strasznie podnieca się angielską rodziną królewską), nową fryzurę Emmy Watson (która to Emma wygląda zjawiskowo i wreszcie jak człowiek – zdecydowanie wielu kobietom doskonale robi na urodę obcięcie tych wiechci, które niesłusznie nazywają ładnymi kobiecymi długimi włosami) oraz Bristol Palin (która marudzi, że mamusia nie ma nic wspólnego z jej tanecznymi dokonaniami).

Poza tymi intrygującymi informacjami docenić i ocenić mogę także – oprócz specyficznie interesującego starego miasta – inne części i aspekty San Diego. Największe wrażenie zrobiła na mnie przejażdżka mostem Coronado oraz przepiękne i cudowne kaktusy. Sam półwysep Coronado (zwany dla fantazji wyspą) sprawia wrażenie spokojnego i urokliwego (oraz luksusowego) miejsca. Downtown San Diego jest nieciekawe (choć akurat widok z Coronado jest niebrzydki), za to wrażenie robią lotniskowce na nadbrzeżu. Jedzenie może być (zwłaszcza jeśli wmówić sobie – w niektórych miejscach – że kuchnia meksykańska jest pyszna; brrr, fuj), margarity są smaczne, piwo podobno najlepsze, a samo San Diego uważa się za najfajniejsze miasto w Stanach. Braku skromności nie można mieszkańcom jednak zarzucić, bo inne miasta zapewne mówią o sobie to samo. Za to do mieszkańców (ogólnie rzecz biorąc) można mieć inne zastrzeżenie – mogliby być nieco sympatyczniejsi. Zastrzeżenie to wynika jednak zapewne z przyzwyczajenia do znacznie milszych kontaktów z obcymi ludźmi na wschodnim wybrzeżu (a przynajmniej w okolicach DC).

Dalej – Gaslamp Quarter jest zdecydowanie przereklamowany (choć akurat tu jedzenie było znakomite), Little Italy w ogóle mizerna, a transport miejski w postaci kolejki woła o pomstę do nieba: tak beznadziejnie jest to zorganizowane. Za to pogoda dopisała – było słonecznie, a w San Diego w ogóle bardzo mało pada, co samo w sobie jest już sporym plusem. Oraz jest tanio. No i te przewspaniałe kaktusy – do ogrodów w Balboa Park trzeba zajrzeć koniecznie.

Parę fotek więc. Na początek potwornej wielkości pocałunek na wybrzeżu, czyli „Unconditional Surrender” – rzeźba wykonana na wzór tej fotografii:

Lotniskowiec Midway – obecnie muzeum:

Uczestnicy konferencji (Neuroscience 2010) skończyli nudzić się na wykładach i opuszczają centrum konferencyjne:

Deszczu nie będzie, choć smoki nisko latają:

Jedziemy na Coronado, widać kawałek bardzo wysokiego mostu oraz kawałek półwyspu:

A tu widok jeszcze z mostu na downtown San Diego:

Coronado:

Fragment Balboa Park:

Chudziutkiemu krokodylkowi naturalnie wszyscy robią zdjęcia, a dzieci włażą mu między żebra:

I najfajniejsza część, czyli rośliny zamieszkujące dwa ogrody: ogród kaktusowy i ogród pustynny:

Old Town San Diego

Ponieważ miałam ochotę oderwać się na chwilę od wielkich niewybuchów kopernikańskich oraz obleśnych tekstów pewnego pana – odrywam się więc. Intensywnie zwiedzając San Diego.

Wprawdzie na pierwszy rzut oka (do sieci) San Diego nie wygląda na miejsce, w którym jest specjalnie wiele interesujących rzeczy do zobaczenia, ale to co jest – jest całkiem przyjemne. W dodatku są palmy na ulicach, a taki widok, przyznam, zawsze robi mi dobrze na umysł. Szczególnie w listopadzie, nieprawdaż. I piękna, ciepła, słoneczna pogoda też. A poza tym, ponieważ mieszkamy bardzo niedaleko starego miasta (w amerykańskim ofkors znaczeniu tych słów), wciąż mam wrażenie, że jestem na na planie filmu o Dzikim Zachodzie.

Udało mi się, owszem, zobaczyć już coś poza tym starym miastem (i mam zamiar zobaczyć jeszcze więcej), ale, jak wiadomo, w San Diego nie ma nic poza Old Town! Takim właśnie tekstem przywołał nas do porządku pan w informacji turystycznej, kiedy nieostrożnie zapytaliśmy o mapki dalszej okolicy. Żeby więc uhonorować lokalnych patriotów – oto San Diego Old Town (i jego bardzo najbliższe okolice):

San Diego Avenue, główna ulica Old Town, wraz z kościołem Niepokalanego Poczęcia (ukończonym w 1919),

palmą,

a także elegancką bielizną męską:

Być może właściciel tej bielizny siedział akurat w areszcie po przeciwnej stronie ulicy (San Diego Courthouse, 1847):

La Casa de Estudillo (dom rodziny hiszpańskiego arystokraty Jose Antonio de Estudillo, 1825), zewnętrze i wnętrza,

oraz miła pani przewodniczka, która fajne rzeczy opowiadała o opuncjach. Tak w ogóle, to opuncje, kaktusy i inne gruboszowate przebijają swoim urokiem nawet palmy na ulicach. San Diego ma swoje zalety:

Odrobina sztuki:

Muzeum nie muzeum, ale świnki być muszą (świnki to podstawa):

Szczególnie takie piękności:

Zresztą, muzea tutejsze także bywają fascynujące. Pokazują na przykład, jak wyglądały wnętrza domu w San Diego w połowie XIX wieku,

a także jak wyglądał koń z góry (Seeley Stables, 1869):

Jeszcze jedna sztuka, wysokości niemal naturalnej:

A tutaj prawie Antonio Banderas (grający na ganku Cosmopolitan Hotel, 1869). „Prawie” robi wielką różnicę.

Miejsca z normalną opieką lekarską nie rzucają się w oczy w Old Town. Za to odwiedzić można wróżkę oraz magików od kręgarstwa:

Wesoło nie jest:

Centrum? Centrum czego?

Na początku będzie disklajmer – na otwarciu Centrum Nauki Kopernik nie byłam. Czepiam się więc radośnie i żołądkuję wyłącznie na podstawie obejrzanych i przeczytanych relacji, zdjęć oraz nagrań. Czepianie to może być zatem zanadto czepialskie i niesprawiedliwe. Ale co se bede żałować.

Centrum Nauki Kopernik otworzyło swe podwoje dla spragnionych wiedzy. Otworzyło z fajerwerkami, wzruszeniem kierownictwa oraz spektaklem przygotowanym przez znane nazwiska.

Nauka w wydaniu szkolnym jest prezentowana jak katechizm, zbiór prawd wiecznych i niezmiennych. Nic bardziej mylnego. Przecież kolejne wielkie odkrycia potrafią wszystko wywrócić do góry nogami. mówi pan dyrektor Centrum.

Nie no, jasne, że trzeba mówić o nowych odkryciach. Tylko czy koniecznie tak, że przecież prawdalerzyposrodku, NO PRZECIEŻ? Pokażemy więc siedem teorii powstania świata, co siem bendziem szczypać. Jedna naukowa, sześć – hmmm… No też chyba naukowe, skoro to Centrum Nauki Kopernik jest. Co nie? W końcu najlepszym sposobem nauczenia ludzi czegoś jest pokazanie tego czegoś w połączeniu i w bałaganie z innymi rzeczami. Niezależnie, czy to wszystko razem ma wartość naukową, czy nie. Wolność, wolność! Tu bogowie mieszają w czymś tam, tam smoki coś ten tego, gdzieś indziej zwierzęta wraz z ludźmi wychodzą z wielkiego dołu (Jaszczurów nie widać?), a nad tym wszystkim panuje subtelny duch kreacjonizmu. Najs. Konsultantowi naukowemu i radzie naukowej Centrum gratulujemy.

Opowieść, której narratorką była hologramowa, łysa dziewczynka o imieniu Suzan, prowadziła przez wszystkie mity wyjaśniające nasze pochodzenie, od chińskiego smoka wyklutego z jaja, przez nowozelandzki romans Nocy ze Wszechświatem i historię z Księgi Genesis, na teorii wielkiego wybuchu skończywszy.

Romans, smoki, a przy tym wszystkim plączą się jakieś oddziaływania jądrowe, fale czy jakaś materia. I kul. Obserwator sam se wybierze, co bardziej lubi. Wolność, wolność, kreatywność! A że tłumok jeden (=obserwator) nie załapał, że tylko jedno to jest nauka, a reszta to jakieś fascynujące skądinąd mity – cóż, nie każdy musi (i może) być kreatywnym. Uważać było trza! A może by jakoś to ułatwić jednak temu tłumokowi? Na przykład prezentując nie sześć, a sześćdziesiąt sześć mitów, podań i bajań (jak na Centrum Nauki przystało). Ten ilościowy stosunek spowoduje, że wybór będzie jeszcze łatwiejszy. I naukowo będzie bardziej, bo przecież należy prezentować wszystkie hipotezy. A i ktoś zarobi na takiej prezentacji wiency. Oraz na koń-sultacji naukowej, ofkors.

W Koperniku przekonujemy, że nauka jest fascynująca, to sfera kreatywności i wolności.

Otóż to. Kreatywność ta spowodowała super rewolucyjne podejście do kwestii naukowych – takich chociażby, jak opisywane powyżej. Można było również dowiedzieć się, że istnieje pierwiastek silver. Dotychczas zdawało mi się, że nosi on nazwę srebro, ale widać byłam w błędzie. Po cóż nam jednak polskie nazwy czegokolwiek w nauce? A po to na przykład – nasze uniwersytety tak świetnie radzą sobie na świecie, na tak znakomitych pozycjach plasują się w rankingach, a publikacje – ach, aż wstyd się tak chwalić… Powiedzmy więc sobie szczerze – nie aspirujemy już do poziomu naukowego w niektórych innych krajach, my już dawno te kraje prześcignęliśmy, pobiliśmy i zwyciężyliśmy. Niech więc znają pana – zrobimy im łachę i będziemy stosować angielskie nazewnictwo naukowe tam, gdzie MA TO OCZYWIŚCIE SENS. Chociażby na otwarciu Centrum Nauki – o ileż ładniej tekniszjem brzmi od technetu, nieprawdaż? (Nasi bosi plajają na stricie, a powód jest równie (bez)sensowny, jak każdy inny).

Pewnie, że o nauce (nawet w połączeniu z kulturą i codziennością) nie wolno mówić nudno, trudnym językiem i bez polotu. Ale należy mówić naukowo. A nie łączyć naukę z pseudonakowym bajaniem, i jeszcze z jakimś takim językowym bezsensem, i to jeszcze na oficjalnym i głośnym otwarciu. Tym bardziej, że takie połączenie jest szalenie efektowne, i to będzie właśnie to, co ludzie wyniosą z tego interesu. Czy naprawdę o take-polske-nauke walczymy?

Jestem przekonany, że wszyscy, którzy będą wychodzić z tego budynku, będą mieli nowe wielkie idee – mówił na otwarciu Centrum Nauki Kopernik jego pomysłodawca prof. Łukasz Turski. Uroczystość rozpoczął „Wielki Wybuch”, czyli multimedialny spektakl o początkach Wszechświata i historii nauki w reżyserii Petera Greenawaya i Saskii Boddeke.

Niom. To właśnie te wielkie, atrakcyjne i efektowne idee ludzie wynieśli z otwarcia. A ci, co nie wynieśli, dowiedzieli się o wszystkim z prasy. Łapę w łapę idącej z luminarzami polskiej nauki (Centrumowej) w popularyzacji nauki w społeczeństwie.

Sześć mitów i jedna teoria naukowa, tłumaczące powstanie wszechświata na różnych obszarach Ziemi – tak w wielkim skrócie można opisać „Wielki Wybuch”. Były to historie m.in. z Grecji, Izraela, Chin, a nawet Nowej Zelandii, gdzie króluje mit „Zakochanej pary”. Dowiadujemy się z niego, że niebo i ziemia były splecione w miłosnym uścisku tak mocno, że brakowało między nimi miejsca na światło i czas. Kochankowie spłodzili setkę dzieci, ale dopiero najstarszemu synowi udało się rozdzielić rodziców. Zrobił to jednak z tak ogromną siłą, że ojciec stał się niebem, które znamy, a matka – ziemią. W ten sposób znalazło się też miejsce dla światła i czasu.

Ta, jak i inne historie opowiedziane były przy wykorzystaniu najnowszej technologii, m.in. efektów świetlnych, dźwiękowych i animacji.

Super, znakomicie, świetnie – z siedmiu teorii opisujących powstanie wszechświata, portal wybiera jedną. I słusznie, skoro był wybór, a ta brzmi tak seksownie (dodatkowo tytuł tego prasowego doniesienia brzmi: Zbliżenie kochanków – tak powstał świat). Mam nadzieję, że kiedyś, kiedy powstanie jakieś Centrum od biologii bardziej, to obok wiedzy o szczepieniach i antybiotykach poznamy też alternatywne sposoby leczenia (izopatia, homełko, klawiterapia czekają). Oraz oprócz wiedzy o jajeczkach i plemnikach, pouczymy się nieco o bocianach i kapuście. Prawda leży pośrodku wszak. A jeśliś, tłumoku, nie załapał – co jest czym i z czym się je – toś tłumok.

Na początku nie było absolutnie nic – ogłosił lektor. – A po trzech minutach istniało już wszystko.

Ja nie.

……………………………………………………………….

Koniec czepiania się. Być może wszystko to wyglądało (i wyglądać będzie) lepiej w rzeczywistości, niż w relacjach. Być może to tylko kwestia przegięcia z artystycznym otwarciem, a sama działalność Centrum będzie sensowna. Oby. Prawdopodobnie i intencje, stojące za takim a nie innym otwarciem, były dobre – choć szefostwo Centrum powinno zastanowić się, jak spektakl zostanie odebrany. Ale po przeczytaniu i obejrzeniu tychże relacji jedna myśl uparcie powraca i nie pozwala się odgonić – czy w moim ulubionym kraju coś, co w zamyśle ma być tak wspaniałą inicjatywą popularyzującą naukę, koniecznie musi być realizowane (i/albo prezentowane) od dupy strony?

Medycyna holistyczna – freudowska zazdrość o wiadomo co, czyli zbijanie gorączki witrażem

Dzisiejsza notka nie będzie nadmiernie przyzwoita (jednakowoż zaiste pouczająca), a więc wszystkie niewinne dziateczki takoż proszę won, znaczy – proszę skromnie odwrócić oczęta.

Slider – Goose, whose butt did you kiss to get in here anyway?
Goose – The list is long, but distinguished.
Slider – Yeah, well so is my Johnson.*

Najpierw wtręt osobisty. Ta tytułowa zazdrość to u mnie. Tak, tak. Wszystko przez oglądanie wczoraj, po raz setny, jednego z najbardziej gejowskich filmów popularnych. Czyli Top Gun. To znaczy – wcale nie był on oglądany koniecznie celem poszukiwania gejowskich filmów. Ani nawet celem poprzyglądania się ładnym chłopcom, odzianym od czasu do czasu jedynie w skromne minióweczki z ręcznika. Ani po to, żeby uświadomić sobie rozmaite frojdowskie zazdrości. Nie, nie, skądże. Film był akurat po coś innego.

Bo filmy w ogóle są fajnym źródłem stymulacji. Turystycznej mam na myśli, rzecz jasna. Innymi słowy, czasem warto je oglądać po to , żeby poszukać sobie potencjalnie ciekawych miejsc do zwiedzania. Bardzo przyzwoicie i grzecznie. Gdyż niebawem lecimy do południowej Kalifornii, i ponieważ ja osobiście jadę tam wyłącznie w celach leniwych i obijawczych, pomyślałam sobie, że warto może byłoby zobaczyć bazę Miramar. Choć z daleka. Tak, tak, wiem, że szkółka TOPGUN wyprowadziła się z niej jakiś czas temu, po ładnych chłopcach śladu nie ma, ale marines w końcu jakieś base tours mają, więc niech i to chociaż.

No ale. Nie o te samoloty w końcu chodzi, choć takie długie i ładne. Chodzi o to, że czasem coś się człowiekowi skojarzy. Zajrzy następnie do internetu i pomyśli – ach, jak to fajnie byłoby mieć coś takiego, z czym można robić takie fajne rzeczy. I nie, nie mam na myśli stronek typu: potencja24, erekcja24 czy xtremelabs. Nie, mam na myśli strony niezwykle fachowe, mówiące dużo o znakomitych metodach leczenia (homeopatia, gryczane łuski, masaż w rytmie serca płodu, te sprawy) i o zdrowiu duszy i ciała – przy okazji w jakże słusznym gniewie opluwające medycynę tradycyjną, że taka mało seksowna (bo domaga się jakichś faktów, badań naukowych i tym podobnych mało podniecających rzeczy).

No i na takiej właśnie fascynującej stronie, w dziale Medycyna holistyczna, opisane są urocze zabawy penisem dla dużych chłopców. Zaczynające się od zdania, że

Niektórzy panowie są zdania, że rozmiar członka zależy od marki samochodu.

W pierwszej chwili przeczytałam oczywiście, że od marki samolotu (mówiłam, że wszystko przez Top Gun). Ale to nic. Dalej pada kwestia, jak to panowie przez wieki nie byli zadowoleni ze swoich rozmiarów, ale – naturalnie dawno, dawno temu, gdzieś w zabitych dechami Chinach – nie załamywali rąk, ale brali sprawy w swoje, ekhm, ręce. A w dzisiejszych czasach każdy to może zrobić, chyba, że nie dysponuje penisem, ekhm – rękoma.

Jak powiększyć i wydłużyć penisa?

Trzy środkowe palce lewej ręki przyciśnij do miejsca pomiędzy odbytem a moszną. Prawą dłonią zacznij ćwiczenia członkiem. Wyciągaj go i kurcz łagodnymi, rytmicznymi ruchami 36 razy. Następnie pomasuj kciukiem żołądź. Powinno to doprowadzić do wzwodu. Jeżeli erekcja nie następuje, wyciągaj dalej i pocieraj żołądź do skutku.

¡Olé! I tak 36 razy. Nie 35, nie 37. Trzydzieści sześć jest tą liczbą i trzydzieści sześć razy wyciągał go będziesz…

Prawą dłonią obejmij członek przy nasadzie i nie rozluźniając uchwytu, przesuń ją ok. 2,5 cm do przodu.

Ekhm.

Wyciągnij członek w prawo i obracaj nim 36 razy zgodnie z ruchem wskazówek zegara i 36 razy w stronę przeciwną. Następnie wyciągnij go w lewo i znowu obracaj 36 razy zgodnie z ruchem wskazówek zegara i tyleż samo w przeciwną.

Ekhm, ekhm…

Lekko uderzaj 36 razy w wewnętrzną część prawego uda, potem 36 razy w wewnętrzną część lewego uda.

Po roku będziesz mógł uderzać w kostki. Jeśli nie w pięty. Stojąc, ekhm.

Po zakończeniu ćwiczenia zanurz członka na minutę w ciepłej wodzie.

Ewentualnie we wrzątku na dziesięć sekund.

Na efekty nie będziesz długo czekać. Niektórzy wytrwali panowie twierdzą, że po 1–2 miesiącach systematycznych codziennych ćwiczeń członek może wydłużyć się nawet o 2,5 cm.

No, nie mówiłam, że dojdzie w końcu i do pięt?

Wolfman – This gives me a hard on.
Hollywood – Don’t tease me.*

Ufff. Po takich opisach każdy nieposiadacz pewnego narządu pozadrościłby tym, którzy go posiadają. Podejrzewam, że zwłaszcza ta pani, która twierdzi, że pijawki dały jej dziecko. Jak widać, niektórym pewne sprawy kojarzą się z samolotami, innym – z pijawkami.

Za nami był rok usilnych starań. Bocian ciągle nas omijał.[…] Okazało się, że mam torbiele na jajnikach oraz zaburzenia hormonalne – mówi Monika.[…] Pomiędzy nią a Marcinem przestało się układać. Coraz częściej się kłócili.[…] Mimo pesymistycznych myśli i zwątpienia Monika do końca się nie poddawała. Przecież została jej jeszcze medycyna niekonwencjonalna. Zaczęła kombinować.

Już pierwsza wizyta u bioterapeutki mocno zaskoczyła Monikę. Kobieta zdiagnozowała ją przy pomocy wahadełka. Potwierdziła, że ma problemy z jajnikami. I zaproponowała… kurację pijawkami, która – jak zapewniała – jest niezwykle skuteczna w kobiecych dolegliwościach. […]
Dlaczego to działa? W ślinie pijawek znajduje się około 200 leczących substancji czynnych, z których najważniejsza jest hirudyna działająca przeciwzakrzepowo i przeciwzapalnie. To naturalny lek na różne choroby niemający żadnych skutków ubocznych. Jego działanie jest bardzo silne, w wielu wypadkach natychmiastowe: torbiele się wchłaniają, rany dotknięte gangreną goją, krwiaki znikają…

Odcięte nogi odrastają, bruzdy mózgu łagodnie wygładzają się, a żyły wodne przestają notorycznie rozwiązywać ludziom sznurowadła…

Jednak Monikę hirudoterapia (łac. hirudo – pijawka) na początku nie przekonywała wcale. Sam widok czarnego, wijącego się stworzenia wzbudzał w niej wstręt.

Czarne i wijące się stworzenie, i od razu wstręt? Nieładnie, pani Moniko.

Prawdą jest, że pijawki wypijają „złą krew”. Nie wiem, jak to wytłumaczyć: zabierają chorobę, wyciągają złą energię?

No jasne.

Po trzech zabiegach Małgosia poszła do ginekologa. Po skończonym badaniu ze zdumieniem w oczach lekarz zakomunikował jej tylko dwie rzeczy: torbiele w tajemniczy sposób się wchłonęły, a pacjentka jest w ciąży.

Zdumiewające. I w międzyczasie zmieniła imię. O, zaprawdę hirudoterapia skutecznie działa na jajniki.

Ale pani Monika/Małgosia sama jest sobie winna. Nie zastosowała na sobie uprzednio terapii witrażami – gdyby to zrobiła, zaszłaby w ciążę z Marcinem, a pijawki nie musiałyby niczego w nią wlewać, ekhm.

Oddziaływanie witraży na organizm człowieka było wielokrotnie badane pod kątem energetyczno-uzdrawiającym. […] Witraż poprzez energię swego koloru i znaku emituje określone duchowe wartości: miłość, wyciszenie, skupienie i ochronę, które dosłownie wlewają się w nasze pole energetyczne, promieniują na nas i wewnętrznie wzmacniają. Pod wpływem światła przenikającego przez kolorowe szkło zachodzą więc w nas pozytywne zmiany.

Ponadto prawdopodobnie dokuczały jej wcześniej rozmaite dolegliwości. Gdyby się ich pozbyła, to ho ho… Skuteczna jest na przykład technika su-dżok, obniżąjąca temperaturę ciała za pomocą malowania palców flamastrami.

Pomaluj na czarno (np. flamastrem) wszystkie koniuszki palców u rąk i stóp. Jeżeli jest taka możliwość, dodatkowo obłóż je lodem. Możesz również zamoczyć je w zimnej wodzie na 30–90 sekund. Malując, myśl o potrzebie zbicia temperatury. Po 30–40 minutach temperatura spadnie o 1–1,5 stopnia.

Albo terapia cebulą, która chroniła nawet przed epidemią hiszpanki. Nie tak jednak, jak myślicie. Nie trzeba było koniecznie jej wcinać.

W 1919 roku grypa hiszpanka zabiła na świecie co najmniej 40 milionów ludzi. Tymczasem pewien lekarz, który w trakcie jej trwania codziennie odwiedzał dziesiątki pacjentów złożonych tą straszną chorobą, któregoś dnia zetknął się ze zdumiewającym zjawiskiem. Oto gdy zawitał do niepozornej chłopskiej chaty, zastał wszystkich domowników w doskonałym zdrowiu!
Gdy spytał gospodynię, jakim cudem jej rodzina nie leży pokotem w pościeli jak wszyscy, usłyszał, że to dzięki cebuli. Jednak, co najdziwniejsze, wcale nie chodziło o to że ją jedli! Tylko o to że w całym domu gospodyni porozstawiała misy pełne nieobranej cebuli…
Lekarz nie mógł w to uwierzyć. Poprosił o jedną taką cebulę, by obejrzeć ją pod mikroskopem. I co się okazało? Znalazł w niej wirusa hiszpanki! Wyglądało na to że cebula – niczym gąbka – wchłonęła wirusy, oczyszczając z nich powietrze, co pozwoliło owej rodzinie uchronić się przed chorobą.

Tyle opowieść z internetu. Ale chyba rzeczywiście coś w tym musi być, bo podobną historię usłyszałam od pewnej fryzjerki w Arizonie. Kilka lat temu wielu jej pracowników zachorowało na grypę, podobnie zresztą jak liczni jej klienci. Zanim zaczął się następny sezon na grypę, napełniła więc miski cebulą zakupioną w pobliskim sklepie. Ku jej zdziwieniu żaden z pracowników nie zachorował.

I to już jest DOWÓD. Nie jakaś tam opowieść z internetu, tylko historia od fryzjerki w Arizonie. Hmmm, Arizonę też musimy więc odwiedzić którymś razem. Ale nie teraz. Tym razem skupimy się jedynie na kawałku Kalifornii, dowodząc przy okazji, że mamy w istocie do czynienia z medycyną holistyczną. Obejmującą wszystko od początku do końca: od Top Gun i zazdrości o posiadanie penisa do wirusów w cebuli pod mikroskopem. Czy coś. Holizm jak się patrzy. I jaki seksowny.

Capt. Ross – Strong witnesses.
Kaffee – And handsome too, don’t you think?**

* Pamiętliwe cycaty (memorable quotes) z Top Gun
**Pamiętliwa cycata z A Few Good Men

Leptospira czyha w wodzie

ResearchBlogging.org

Leptospiroza nie jest może chorobą, która budzi największe zaniepokojenie w krajach rozwiniętych. Występuje wprawdzie wszędzie na świecie, ale głównie i z największą częstością w rejonach tropikalnych i subtropikalnych. Danych epidemicznych z tych rejonów czasem brakuje, ale zakłada się, że choroba najchętniej nęka mieszkańców Indii, Sri Lanki, Tajlandii, Chin, Malezji, Brazylii, a także Karaibów. Doniesienia o przypadkach leptospirozy pochodzą również z Portugalii, Chorwacji, Hawajów czy Nowej Zelandii. W Polsce notuje się kilka – kilkanaście przypadków rocznie. A ostatnio choroba wzbudziła zainteresowanie w Wielkiej Brytanii, ponieważ kilka dni temu zmarł z jej powodu dwukrotny mistrz olimpijski, wioślarz Andy Holmes.

Ciekawostką może być też doniesienie z początku tego roku. Jego autorzy twierdzą, że to właśnie leptospiroza (a nie ospa prawdziwa, dżuma czy grypa) była przyczyną epidemii i licznych zgonów Indian w latach 1616-1619, niedługo przed przybyciem ojców pielgrzymów do Nowej Anglii.

Leptospiroza jest chorobą bakteryjną, opisaną po raz pierwszy przez niemieckiego lekarza Adolfa Weila w 1886 roku. Powodują ją krętki z rodzaju Leptospira. Krętki te są długie i cienkie (0,1 μm na 6 – 20 μm, ale zdarzają się i dłuższe), często zagięte na końcach.

 (Leptospira interrogans szczep RGA, stąd)

Klinicznie leptospiroza przebiega w dwu fazach. Po okresie inkubacji choroby, trwającym od 2 dni do czterech tygodni, nagle pojawia się wysoka gorączka, bóle głowy i mięśni, wymioty, a także żółtaczka. Faza ta trwa tydzień, w tym czasie krętki są obecne we krwi, możliwa jest więc diagnostyka infekcji oparta na ich izolacji z krwi. Hodowla leptospir jest jednak dość trudna, bakterie rosną bardzo powoli na specjalnym podłożu.

Po tygodniu pacjent może poczuć się chwilowo lepiej, potem jednak może wystąpić u niego druga faza choroby – cięższa, przebiegająca z niewydolnością nerek i wątroby, zaburzeniami oddychania i zapaleniem opon mózgowo-rdzeniowych, rzadko na szczęście kończąca się zgonem. W tym okresie powszechne jest stosowanie metod serologicznych (wykrywanie przeciwciał) w celach diagnostycznych. Tę ciężką fazę leptospirozy nazywa się chorobą Weila.

Leptospiroza uważana jest za najpowszechniej występującą na świecie zoonozę, czyli chorobę, którą człowiek zakaża się od zwierząt. Bardzo wiele różnych zwierząt może być jej źródłem, począwszy od zwierząt domowych (psy), przez hodowlane (krowy, świnie), a skończywszy na dzikich, zwłaszcza gryzoniach. Jeszcze do niedawna w krajach rozwiniętych do zakażenia dochodziło głównie na skutek kontaktu ze zwierzętami (także padłymi), a więc najbardziej narażeni na leptospirozę byli pracownicy gospodarstw wiejskich, weterynarze czy hodowcy (mówiono więc przede wszystkim o zakażeniach zawodowych).

W tej chwili jednak epidemiologia choroby zmienia się. Do zakażenia najczęściej dochodzi na skutek kontaktu uszkodzonej skóry i błon śluzowych z wodą (a także ziemią) zanieczyszczoną moczem zakażonych zwierząt. Narażeni na infekcje są więc ludzie uprawiający sport czy wypoczywający na łonie natury (zakażenia rekreacyjne). Pływanie w naturalnych zbiornikach wodnych, kajakarstwo, łowienie ryb, polowanie, camping – wszystko to sprzyja zakażeniom, jeśli nie zachowuje się pewnych standardów higieny (picie tylko wody butelkowanej, a nie z naturalnego zbiornika; mycie rąk; prysznic po kąpieli; odpowiedni ubiór ochronny przy kontakcie z potencjalnie zakażoną wodą i ziemią; zakryte buty przy wędrówkach po lesie; stosowanie plastrów opatrunkowych na zadrapania czy skaleczenia). To samo dotyczy zresztą drugiej, bardzo obecnie narażonej na leptospirozę, grupy ludzi – turystów odwiedzających tereny, gdzie choroba występuje częściej, a również niespecjalnie dbających o ochronę i higienę. Oczywiście pacjentów można leczyć (i leczy się) antybiotykami, ale takie proste postępowanie zapobiegawcze ma w przypadku leptospirozy ogromne znaczenie.

Na koniec jeszcze jedno ładne zdjęcie – Leptospira sp. pod mikroskopem, w ciemnym polu widzenia:

(stąd)

1. Lau, C., Smythe, L., & Weinstein, P. (2010). Leptospirosis: An emerging disease in travellers Travel Medicine and Infectious Disease, 8 (1), 33-39 DOI: 10.1016/j.tmaid.2009.12.002
2. Slack A (2010). Leptospirosis. Australian family physician, 39 (6), 495-8 PMID: 20628664
3. Marr, J. (2010). New Hypothesis for Cause of Epidemic among Native Americans, New England, 1616–1619 Emerging Infectious Diseases DOI: 10.3201/eid1602.090276
4. Levett PN (2001). Leptospirosis. Clinical microbiology reviews, 14 (2), 296-326 PMID: 11292640
5. http://www.cdc.gov/ncidod/dbmd/diseaseinfo/leptospirosis_g.htm
6. http://www.pzh.gov.pl/oldpage/epimeld/2008/Ch_2008.pdf