Miesiąc: Maj 2009

Grzech dwunastolatek – nie zaszły w ciążę i żyją wbrew naturze

Chciałam się uczciwie poczepiać, ale dech mi zaparło z wrażenia, a szczęka stuknęła o podłogę.

Doszłam jednak do pocieszającego mnie wniosku (choć z drugiej strony – co to za pocieszenie), że głupoty, niezręczności oraz brak empatii w kwestiach kobiecych czy kobiet, wygłaszane nieraz przez hierarchów Kościoła Katolickiego to jest naprawdę nic, w porównaniu z wykładnią prawosławia na temat, że tak elegancko powiem, miesięcznej nieczystości kobiecej. Wykładnią oficjalną? Nie wiem dokładnie, może często jest wyłącznie zdanie niektórych księży (ksiądz Andrzej rządzi!)? Tak to trochę wynika z poniżej cytowanych fragmentów i stron. Tak czy inaczej, mocno to wszystko mętne jest. A już na pewno obrzydliwe.

Dziewczyna pyta ogólnie: […] Czy kobiety w czasie miesiączki mogą chodzić do cerkwi i przystępować do Komunii Świętej? […] i próbuje dyskutować: […] Jako argument zostaje przywoływana znów historia, która dla mnie zawiera zupełnie inny sens, o krwawiącej kobiecie, jakoby, ponieważ nie śmiała dotknąć Chrystusa, a tylko Jego szat, to i nie powinna kobieta w dni okresu przystępować do Komunii Świętej. Ale mowa tu przecież właśnie o tym, że Chrystus nie odrzucił tej kobiety. On ją przyjął, a nawet uzdrowił. Jaką więc wtedy księża mają podstawę, aby odłączać kobietę od pełni życia cerkiewnego w czasie, gdy jest jej i tak wystarczająco ciężko? […] […] Spotykałam opinie zarówno takie, że w ogóle nie wolno chodzić do cerkwi (i jest to opinia wielu ludzi), jak i opinie następujące: nie wolno przystępować do Komunii, nie wolno całować ikon i zapalać świec. […] Spotkałam również opinię prawosławnego duchownego mówiącą, że można przestawiać ikonę, brać do ręki świecę, ale nie można ikony całować i zapalać świecy. To już czysty nonsens. […] Inne kobiety też pytają: […] Dlaczego podczas dni krytycznych nie można przystępować do spowiedzi? […] […] Dlaczego dziewczęta nie mogą wchodzić do cerkwi w czasie dni krytycznych? […] Dni krytyczne, ładne określenie …

Odpowiedzi księży są przecudowne: […] Do świątyni chodzić można, wolno stawiać świece, całować ikony, nie wolno tylko uczestniczyć w sakramentach: przystępować do spowiedzi, Komunii Świętej, nie wolno całować Ewangelii i Krzyża. Objaśnić to możemy w taki sposób. Weźmy dla przykładu chłopców i dziewczynki w wieku 8 lat – jednakowe łobuziaki. Wyobraźmy sobie, że kobiety byłyby takie same jak mężczyźni, wtedy nasze życie byłoby nieznośne. Bóg kobiecie ofiarował dar pokory i w tym zawiera się głęboka różnica z mężczyzną. Właśnie dla wzmocnienia pokory istnieje w cerkwi takie postanowienie. […] Różnica tak głęboka, że dna nie widać. I zapiera dech.

[…] Przecież jasnym jest, zarówno dla nas z Panią, jak i dla przodków Mojżesza, że krwawienia miesiączkowe są skutkiem nie zaistniałej ciąży. Kobieta, która nie poczęła, chcąc nie chcąc niesie przed Bogiem odpowiedzialność. Wszystko w jej ciele ukierunkowuje się na zapłodnienie, lecz ono nie następuje. Oznacza to, że życie kobiety w zasadniczy sposób nie odpowiada jej naturze, co też kończy się śmiercią „komórki życia” (komórki jajowej), a wraz z nią śmiercią całej warstwy nowego życia w macicy. Jeśli tak, to wyciekanie wraz z krwią całej tej warstwy z macicy jest oczyszczeniem od tkanki martwej, nie mogącej żyć bez zarodka. Jak powiadają lekarze, zapłodniona komórka jajowa nie może wyżyć dłużej niż dobę, więc miesiączka jest oczyszczeniem macicy od obumarłej tkanki, oczyszczeniem macicy dla nowej warstwy oczekiwania, nadzieją na nowe życie, na poczęcie. Wszelkie przelanie krwi jest znakiem śmierci, gdyż we krwi jest życie (w ST nawet więcej: „dusza człowieka w jego krwi”), ale krew menstruacyjna jest śmiercią podwójną, gdyż jest nie tylko krwią, lecz i martwymi tkankami macicy. Kobieta uwalniając się od nich dostępuje oczyszczenia. Takie jest moje rozumienie pochodzenia pojęcia nieczystości kobiecych menstruacji. Rzecz jasna, nie jest to osobisty grzech kobiet, lecz grzech leżący na całej ludzkości. […] Czyli że grzech jednak jest? I to taki, że dotyczy całej ludzkości, ale ukarzemy za niego tylko kobiety? Sprytne, nie powiem, a jakie sprawiedliwe.

Kolejna kuriozalna odpowiedź duchownego: […] Nie mam żadnego szczególnego doświadczenia w rozwiązywaniu „tego” problemu. Właściwie problemu tu nawet nie widzę. Są przepisy Kościoła, które i beze mnie kobiety starają się wypełnić. Nie mam żadnych szczególnych wymogów – wymogi stawia Kościół. To, co wczoraj Pani napisałem (czyli to, co powyżej – dopisek mój), jest próbą zrozumienia tych kościelnych wymagań, ale wydaje mi się, że nie do końca mnie Pani zrozumiała. […] Chodzi o skażoną naturę. Każdej kobiecie przypada taka skażona natura, jak zresztą i mężczyźnie. To skutek upadku człowieka. Ale każdy niesie na sobie krzyż tego zepsucia subiektywnie. Tak się złożyło, że choć kobieta osobiście nie jest winna śmierci setek swoich komórek jajowych, tak samo, jak mężczyzna setek tysięcy swoich (swoich czego??), ale śmierć mistycznie i duchowo ją obciąża. Bóg, stwarzając człowieka, nie stworzył w taki sposób mechanizmu poczęcia, takim on się stał w czasie ludzkiej historii (eee? zachwycające uznanie ewolucjonizmu?). Istota kościelnych wymogów jest prosta: w ciągu miesiączki (5 plus minus 2 dni) prawosławnej kobiecie nie wolno wchodzić do cerkwi (to podobno tylko […] duży rygoryzm o. Andrzeja, nawet w porównaniu z przyjętą praktyką parafialną […]), brać udziału w Sakramentach, dotykać świętości (ikon, relikwii, krzyży). Jeśli grozi jej śmierć, można udzielić jej Komunii Świętej, soborować itd. […] Ale przecież Boża opatrzność nie zawiera tradycji naszych kultur, moralności i itp., które czasem są przeszkodą ku małżeństwu, tak więc niezamężność wielu kobiet stanowi raczej ich grzech osobisty (znowu podobno […] rygorystyczna perełka ks. Andrzeja […]), a nie pierworodny. […] Prawo Mojżeszowe chroniło nie od chorób, ale od śmierci duchowej, to samo dotyczy i męskiej nieczystości, i męskiego obrzezania. Nie chodzi o to, że chorób jest mniej – choć to również jest ważne – ale o to, że ten narząd jest najważniejszy w przekazie potomstwa narodu wybranego. […] 

Ten narząd – w sumie można było się domyślić, że chodzi o ten narząd… Cóż, nie sposób tego nie skomentować inaczej jak – zaprawdę niektórzy są zdrowo pojebani na punkcie: płeć i seks a religia. A ja się nabijałam z o. Knotza…

Jeszcze uwaga, tym razem od mężczyzny: […] Problem kobiecej nieczystości jest to temat dość wstydliwy dla mężczyzn – księży, tym bardziej dla mnichów. Jeśli niesprawiedliwość, zupełnie oczywista dla kobiet, staje się taką również dla mężczyzn – księży, wątpię, aby ochoczo sie z tym zgodzili i próbowali zmienić sytuację. […] Jako dopełnienie do powyższych słów chciałbym zwrócić uwagę na „pobłażliwy” stosunek księży – mężczyzn do kobiet jako do „historycznie – fizjologicznych grzesznic”. Cała historia prawosławnej rodziny – patriarchalna. Kobieta zajmowała w niej miejsce zależne, drugorzędne i co, bądźmy szczerzy, nam, mężczyznom, zawsze było na rękę. Możliwe, że chęć podporządkowania się może i tkwi w kobiecej naturze, lecz chęć podporządkowania i to podporządkowania przestarzałym prawom powinna być obca prawosławnemu mężczyźnie”. […]

Odpowiedź – kolejna perełka ks. Andrzeja: […] Nie występuję przeciwko Pańskiemu kierunkowi krytyki, tylko proszę zwrócić uwagę na następującą rzecz: 1. zdrowy rozsądek często przeczy wierze, 2. współczesnemu człowiekowi wierzącemu uda się bez sprzeczności połączyć kamieni węgielnych swej wiary i zdrowego rozsądku (te dwa punkty  razem bardzo mi się podobają) 3. udzielić na wszystko logicznej odpowiedzi nie można – niestety (oj, nie, a niektórzy mają z tym szczególne kłopoty), 4. ma Pan rację – wykorzystywać pozycję kobiety, która z natury jest podporządkowana mężczyźnie, to nie po chrześcijańsku! […]

To ja, ta z natury podporządkowana mężczyźnie, dziękuję teraz i nawet nie postoję, bo wszystko mi opadło.

Całość tutaj i jeszcze dodatkowo tutaj.

Terminator Salvation czyli Kung-fu Panda

Wszystkie filmy to naprawdę jeden film.

:-)  Ta mało oryginalna teza przyszła mi do głowy, kiedy przełamałam moje lenistwo, zwlokłam się z kanapy i polazłam do kina na nowego Terminatora. Zaciągając za uszy szanownego małżonka, bo on, w przeciwieństwie do mnie, nie znajdował w najnowszym dziele o elektronicznych mordercach niczego zachęcającego. Ślepy jakiś. Albowiem jedna zachęta, szalenie seksowna, jak najbardziej tam była, ale jak widać nie każdy docenia cudzy ewidentny wdzięk męski.

Ostrzegam, w poniższej, ehem powiedzmy, recenzji, będą spojlery. Jeśli ktoś więc nie ma ochoty dowiedzieć się, kto – John Connor czy może Skynet – zostanie sławnym Dragon Warrior i zakończy wojnę z muchami, znaczy – maszynami, niech lepiej nie czyta.

Najnowsze dzieło z serii: wykończymy pana czterokrotnie, nie jest takie złe. Zwłaszcza jeśli ktoś lubi się odmóżdżyć i popatrzeć, jak fajnie strzelają. Bo strzelają rzeczywiście fajnie i dużo, pytanie tylko – skąd mają tyle amunicji. Ruch oporu znaczy. Mają i mnóstwo nabojów, a także samoloty i inne ciekawe urządzenia do mordowania maszyn. Czyli muszą mieć także fabryki to wytwarzające. No chyba, że naboje te dłubią ręcznie jakieś smętne laski (Cas i Zee, to wy?), w chwilach wolnych od opiekowania się dziećmi i walczenia u boku swoich mężczyzn.

Rozmiar jak wiadomo ma znaczenie, a ponieważ ja lubię duże …, maszyny duże lubię bardzo, zachwyciły mnie różne ładne roboty, bez ustanku śmigające albo z wolna się poruszajace po ekranie. Czasem z sensem, a czasem tylko po to, żeby fajnie wyglądać.

Co musiało być  w filmie: po pierwsze piękny i samotny duchowo główny bohater, który przede wszystkim milczy, jest zmęczony i walczy z robotami za nas wszystkich rzecz jasna. I cały ruch oporu mu wierzy, oprócz oczywiście głównodowodzących, którzy mają w nosie jakiekolwiek przepowiednie i za karę za to umierają. No, bo jak nie wierzyć w Neo, kiedy sam Morfeusz mówił, że on jest tym Jedynym, a dlaczego, to ja wiem, ale wam nie powiem. Legend tells of a legendary warrior whose … skills were the stuff of legend. Poza tym bohater kieruje się sercem (oraz słucha swojej mamusi nagranej na magnetofon), a ludzkie serce to podstawa. Tylko sercem zwyciężymy podstępnego Tai Lunga czyli Skynet. Oraz wiarą w siebie. There is no secret ingredient, tfu, chciałam powiedzieć there is no spoon.

Jest też drugi bohater, który jest cyborgiem, ale człowiekiem (jesteś ssak, ale ssak). Roboty wyznaczyły mu misję zabicia Johna Connora i Kyle’a Reese’a – po jaką cholerę obu nie wiem, wystarczyłoby wszak zabić tylko Reese’a. Connor w tym momencie powinien zniknąć, albowiem nigdy by nie istniał był. Chyba. Trzeba zapytać niedzielnego Ijona Tichego. Albo może czwartkowego. Ale wracając do Marcusa, czyli robota-człowieka. Miała to być najbardziej interesująca rola filmu, ale Worthington zawalił ją kompletnie. Choć może to duża sztuka – utrzymywać tę samą minę przez cały czas, niezależnie od sceny. Worthington próbuje wprawdzie grać, przynajmniej kiedy rozmawia z Heleną Bonham Carter na końcu filmu, ale mu to bardzo zabawnie nie wychodzi. Ale pomińmy to – sam bohater wygląda słodko, zwłaszcza w scenie bondage (jedynej niestety w całym filmie), widowiskowo odbija się od wody, broni czci niewieściej, dzięki czemu właścicielka tejże czci zakochuje się w nim na zabój, dzielnie walczy z elektronicznymi krokodylami (skąd te krokodyle? – evolution, Morpheus, evolution; poczekamy jeszcze na owce, tfu, gnu), wreszcie nie je nie pije, a chodzi i żyje, co samo w sobie powinno wzbudzić podejrzenia, że coś z nim jest nie tak. Ale nie budzi. Bo bohaterka słyszy jego serce. Ciekawość, swoją drogą, po co głupi Skynet wepchnął mu to serce – żeby mógł podrywać dziewczyny? A może po to, żeby był vulnerable i dał się łatwo zabić? Sprytnie, sprytnie, zbudujemy sobie najtajniejszego agenta, przydzielimy mu super-najtajniejszą misję, ale przygotujemy go do tego bez sensu. I po co ludzki mózg? Żeby ruszyło go sumienie? Bo przecież powszechnie wiadomo, że najbardziej przyzwoici są zawsze ci, którzy najgorzej się zachowują. Skynet zamiast oglądać za dużo Obcego, powinien może raczej rzucić okiem na Przeminęło z wiatrem. I Snape’a. A także na Robocopa, żeby sobie uświadomić, że pamięć ludzka jest niezniszczalna.

W filmie musiał być jeszcze jakiś Master Shifu, czy inny mądry indiański szaman. Zaskakująco, i bardzo feministycznie oraz matrixowo, nie jest to czarny sędzia, który zasłużył na szacunek, tylko po pierwsze Sarah Connor na taśmie magnetofonowej, a po drugie dwuosobowy Morfeusz, czyli siwa pani (która niewiele mówi, tylko daje jeść (ciasteczko?) oraz spogląda wszystkowiedzącym okiem Oracle) oraz niema dziewczynka, która jest zawsze na właściwym miejscu, zawsze poda zagubiony zapalnik, czy inną bombę, oraz zachowuje się jak te bizony czujnikowe w okolicach Fermilabu. Dzięki niej bohaterowie wiedzą, kiedy uwaga, uwaga, nadchodzi, koma trzy, nalot maszyn na nasze pozycje.

Miłe są różne tzw. smaczki, dzięki którym widz pamięta, że nieoryginalność filmu jest zamierzona. You Could Be Mine przy wyścigach na motocylach, Connor bijący się na rampach w Skynecie (jego matka umiała przynajmniej przeładować broń jedną ręką), spust surówki oraz oczywiście Arnold. Arnold z twarzą bardzo komputerową, czekający nago na głównego bohatera, w celu morderczym. Jakimi drogami chodził maszynowy mózg Skynetu, żeby trzymać go nago – ubrania ludzkie mieli, skoro ubrali Marcusa; po co w ogóle tam był – jeden tylko taki cyborg, stworzony po to, aby za iks niewiadomych w sumie lat (bo może teraz zabijemy/zabiliśmy już Reesa ewentualnie Connora, więc cel powołania Arnolda do życia zniknął) – te pytania są nieważne, najważniejsze, że dobrze wyglądał i się kojarzył. It is said that his enemies would go blind from over-exposure to pure awesomeness!

Film jest poza tym głęboko, głęboko (że dna nie widać…) humanistyczny. Bohaterowie są ludzcy i zmęczeni. Ale nie zrezygnowani. Bo wiedzą, że muszą wygrać – od tego zależy przyszłość ludzkości oczywiście. Ludzie na ogół (na ogół, bo zdarzają się źli albo niechętni) nie są sobie wrogami, czego dowodzi obecność rosyjskiego generała w kwaterze głównej. Wróg jest jeden – maszyny, a więc film przedstawia ideał wojny sprawiedliwej. W związku z tym nie ma miejsca na humor, żadne tam hasta la vista, baby. Wszystko jest bardzo ponure, smętne i sieriozne. Z wyjątkiem sceny transplantacji serca w MASH, na widok której Hawkeye i Trapper umarliby ze śmiechu.

Tęsknię za Europą

H. wrócił ze Szwecji. Podobało mu się. Europa jest, jak widać, na topie u Amerykanów, nawet takich świeżych, jak H. Co prawda, najbardziej podobało mu się, że w Burger Kingu w Malmö wiszą żyrandole. Że ludzie w kafejkach siedzą pod parasolami na zewnątrz – „to taki europejski zwyczaj?” pytał nas. Ogromnie rozśmieszył Amerykanów i Chińczyków pokazując zdjęcie znaku drogowego „nierówna droga”. Nie jeden raz mi się wydawało, że niektórzy Amerykanie cierpią na poważne dysfuncje swojego życia seksualnego, sądząc z tego, jak reagują na na przykład goły biust w telewizji czy słowo fuck w teatrze. Ale tak reagować na znak drogowy? Jeszcze żeby mieli po piętnaście lat. I niektórzy Chińczycy widać też tak się zachowują. Jeden z nich zresztą mało nie spadł z krzesła ze śmiechu, kiedy obejrzał kolejne zdjęcie: na tabliczce z napisem utfart ktoś zamazał literę t. Super.

Oglądałam te zdjęcia. Pełne ładnych budynków, tak innych, niż te, które oglądam codziennie. Balkonów. Uliczek. Kolorów. I okropnie zatęskniłam za Europą. Mało patriotycznie, bo nie za Polską nawet, ale za jakimś takim europejskim czymś (albo raczej europejskim wszystkim), czego, stwierdziłam z zaskoczeniem, brakowało mi w Stanach. Nie zdawałam sobie sprawy, że brakuje aż tak, dopóki wczoraj nie obejrzałam tych kilku marnych zdjęć Malmö.

V. – jedna z dwu Europejek, z którymi pracuję, uczucia te – wspólne nam trzem, jak się okazało – podsumowała gorąco: „nie zamierzam umierać w tej Ameryce!”

Chcę na urlop

Robiłam coś w pracy. Wydawało mi się, że wszystko jest w porządku, spokojnie więc poszłam do domu. W nocy przyśnił mi się błąd, który zrobiłam. Obudziłam się i długo nie mogłam usnąć, oderwać się od analizowania tego błędu. Następnego dnia obejrzałam jeszcze raz wyniki. Tego, co tak wyraźnie widziałam we śnie, nie było. Ale błąd był. Inny. Taki, którego nie zauważyłam poprzednio. Taki, że wszystko musiałam wyrzucić do śmieci i zacząć od nowa.

Jakimiś dziwnymi drogami chodzi moja podświadomość…

Praca mnie wykańcza ostatnio. Jeśli zaczynają mi się śnić żele agarozowe; jeśli znowu na ulicach, na chodnikach widzę wzory i układy, które normalnie oglądam pod mikroskopem; jeśli zaczynam łapać się na umiejętności powtórzenia z pamięci sekwencji DNA jakiegoś białka – to znaczy, że najwyższy czas na wakacje.

Kopanie się z koniem – część druga, czyli nie przepraszamy za to, że żyjemy

W poprzedniej notce pojechałam prawie wyłącznie po mediach, które zamiast tylko zwięźle informować, co wskazane było w tej sytuacji, niezdrowo i detalicznie podniecają się wizytą pewnego pana z Ameryki, który powiedział parę głupich rzeczy w Warszawie i innych miastach naszego pięknego kraju. Reklamy temu panu ja osobiście nie chciałam robić, nie cytowałam więc co ładniejszych kwiatków z jego radosnej twórczości. Ale może trzeba było, biorąc pod uwagę fakt, że są one źródłem mojej drugiej refleksji i drugiego zdziwienia, które towarzyszą mi przy czytaniu doniesień z gościnnych występów gościa-od-nieproduktywnych-homoseksualistów.  

Facet mówi dwie rzeczy z grubsza. Pierwsza to hate speech – i to jest skandal. Przeciwko temu powinno się protestować, przeciwko temu w ogóle obywateli powinno bronić prawo. Ale prawo jest, jakie jest. Zresztą, jak pisałam, facet jest ostrożny, wytresowany nieźle przez swoich prawników i spin doktorów, i wie, jak nie przekraczać tegoż prawa.

Ale druga rzecz, którą mówi, to jest po prostu bełkot. I przyznam, że dziwi mnie, że ktoś się tym przejmuje i ktoś chce z tym polemizować. Nawiasem mówiąc, polskie doniesienia prasowe, które miałam nieprzyjemność czytać, w większości skupiały się z właściwym sobie wdziękiem na bełkocie, czyli tych mniej ważnych sprawach.

Wiadomo, że koleś nie miał zamiaru z nikim dyskutować czy odpowiadać na pytania. Ale czy naprawdę najlepszą reakcją na stwierdzenie, że homoseksualiści są nieproduktywnymi członkami społeczeństwa, bo nie mają dzieci, jest żałosne pytanie o księży i osoby niepełnosprawne? Przecież w ten sposób przyznaje się facetowi rację, że osoby bezdzietne faktycznie są nieproduktywne. Lepiej byłoby założyć koszulki z tęczowymi napisami To my, nieproduktywne członki społeczeństwa i radośnie potwierdzić: tak, nie mamy dzieci i fajnie nam z tym. Zamiast wydawać pieniądze na pieluchy, pojedziemy na Karaiby. I możesz nam zazdrościć tego, co tam będziemy robić. A poważniej nieco – dopóki płacimy podatki i nie przekraczamy prawa, możemy sobie robić cokolwiek i państwo nie ma nic do tego. Nie żyjemy w Korei Północnej. Dodatkowo – homoseksualiści jak najbardziej miewają dzieci. A przynajmniej bardzo się starają, jak twierdził Harvey Milk.

No właśnie, Milk mi się przypomniał i jego sposób reagowania na głupie teksty. Żartem. I odwracaniem złych słów na swój temat na własną korzyść.  W końcu skąd wzięło się recruit w My name is Harvey Milk—and I want to recruit you?

Facet twierdzi: ileś tam procent przestępców jest homoseksualistami, reszta (większa) więc to hetero? Eksterminujemy heteroseksualistów? Mężczyźni są grubo częściej gwałcicielami – eksterminujemy wszystkich mężczyzn? Wyłącznie kobiety zapadają na raka szyjki macicy – nie leczmy ich, bo to wina ich biologii, a leczenie kosztuje podatnika mnóstwo pieniędzy. W ogóle nie leczmy wielu pacjentów, alkoholików na przykład czy tych z rakiem płuc, stwierdzono przecież, że przynajmniej w pewnym stopniu sami przyczynili się do zapadnięcia na te choroby.

A potem można jeszcze, jeśli wszystkich to już nie znudziło, poczepiać się kolesia o jego carbon footprint – jego, jego bachorów oraz tych wszystkich instytutów leczenia z homoseksualizmu – i jak to się ma do długu wobec społeczeństwa i całej planety na dokładkę. Dopytać, ile dzieci mają jego dzieci, bo może też są nie bardzo produktywne. I stwierdzić, że jeśli jego syn – statystyk liczy tak, jak to wygląda w pracach pseudonaukowych tatusia, to tatusiowi kiepsko wyszła produktywność w wychowaniu i wykształceniu synka. W końcu nie sposób walczyć z kimś, kto na uderzenie rapierem odpowiada ciosami topora, jak mówiła Ania z Zielonego Wzgórza, czasem trzeba wziąć i topór w swoje ręce. Że głupio? A po co tracić czas na racjonalne argumenty, skoro one i tak nie dotrą?

Leczenie homoseksualizmu? To idiotyzm. Ale jeśli ktoś chce za to płacić? I wierzy, że mu to pomaga, na cokolwiek? I nawet jeśli sam się oszukuje – co komu do tego? Jeżeli jest w stanie uwierzyć szarlatanowi, że ten uleczy mu orientację, to może w sumie wierzyć i w to, że następnie przeżyje same sielskie dni u boku kochającej żony i pięciorga dziatek. Ewentualnie będzie szczęśliwy wiodąc podwójne życie. Ewentualnie będzie nieszczęśliwy wiodąc podwójne życie. Aż w końcu zaszokuje dzieci zdradzając ich mamusię z wujkiem, a nie z ciocią. Wybór i konsekwencje. A za głupotę się płaci.

Do Polski przyjechał pieprzący jak potłuczony (niemniej w tym szaleństwie jest metoda) dziadzio, który w ten sposób chciał sobie poprowokować i zarobić. Wiedział, że uda mu się to tutaj, bo w bardziej cywilizowanych krajach nikt nie zechciałby go słuchać. Największa reklamę zrobiły mu nieprzychylne media. A ci, o których mówił, przejęli się tak, jakby było czym.

I nie, nie sądzę, żeby lekceważenie akurat kogoś takiego było niebezpieczne w tym sensie, że, jak powiedziała mi pewna bliska osoba, z takich biorą się ci z bejsbolami. Ci z bejsbolami nie umieją czytać, ani nie rozumieją pseudonaukowego bełkotu, nie oni byli więc targetem. Za to mają pozwolenie społeczeństwa polskiego na swoje zabawy z, hmm…, pałami – i tego bym się obawiała. A nie jakiegoś kretyńskiego jednoosobowego panopticum z Ameryki.

Kopanie się z koniem najlepszą reklamą dla konia

Uczelnie zapraszają …, a nie, nie napiszę nazwiska homofoba i naukowego szarlatana, którego zaprosiły ostatnio niektóre uczelnie w Polsce. Po co nazwisko – ktoś, kto wie, o kogo chodzi, będzie wiedział nadal. Ktoś, kto nie wie – w niewiedzy pozostanie. A ja nie mam zamiaru robić reklamy tej osobie. Bo to o to chodziło. O reklamę. Media opisują przyjazd faceta, który głosi brednie posługując się hate speech. Niektóre są zachwycone, jak media powiedzmy katolickie i powiedzmy prawicowe, pisząc o prelegencie z szacunkiem i podkreślając jego dorobek powiedzmy naukowy. Ale dlaczego to samo robią media, które z założenia chcą chyba przekazać komunikat zgoła inny – że to, co mówi ten gość to homofobiczne brednie?  Gościowi w to graj. Za każdym razem, z każdą notką prasową ma wyłącznie znakomitą reklamę. I wszyscy wiedzą, o kogo chodzi – nazwisko, tytuł, znowu dorobek. Strach niemal otworzyć lodówkę, bo zobaczyć tam można zaraz kolejne doniesienie. Facet przyjechał. Facet będzie miał konferencję. (Na marginesie, to naprawdę nie jest konferencja, jeśli jeden gada, a reszta słucha.) Konferencja odwołana. Nie odwołana. Za to przeniesiona. Ale z bólem serca rektora. Facet opowiada. Facet powiedział to, facet powiedział tamto. Pojedzie tu, nie pojedzie tam. Prezentujemy plakaty, opisujemy dokładnie, nolens volens podkreślamy naukowość tego całego zjawiska, nawet jeśli tej naukowości tu za grosz. I jeśli ktoś nie wiedział, że takie kuriozum, jak dokonania tego człowieka  istnieją, to już się dowiedział.

Nie mówię, że nie trzeba protestować. Trzeba, i dobrze, że protesty były. Żeby nie obudzić się kiedyś z ręką w nocniku i nie stwierdzić, że nagle prawo polskie stanowi, że homoseksualistów zamykamy do więzień za orientację – tych oczywiście, którzy nie poddali się obowiązkowemu leczeniu. Ale protest to protest. A czym innym jest wielokrotne szczegółowe opisywanie (nawet jeśli podlane jest rozsądkiem czy przynajmniej współczuciem), co bredzi jakiś oszołom. Nic dobrego z tego nie wyniknie. Wzruszający apel Pacewicza niczego nie zmieni – ktoś, kto uważa, że gejów trzeba usuwać ze zdrowej tkanki społeczeństwa, nie pomyśli nagle inaczej dlatego tylko, że jego kolega z roku jest gejem. Branie ludzi na litość? W takiej sytuacji zawsze przypomina mi sie powiedzenie: nie mów tego drewnianemu koniowi, mógłby cię kopnąć. Artykuły opisujące homoseksualizm od strony naukowej – kogo przekonają? Tych, którzy i tak o tym wiedzą? Wyłącznie. A inni będą wciąż opowiadać o homoseksualnym lobby – ośmiornicy oplatającej swoimi zakażonymi mackami cały zachodni świat. Mając jeszcze więcej kretyńskich pseudoargumentów, na które sami by nie wpadli, a których dostarczyły im liczne publikacje prasowe.

Oczywiście, uważam za skandaliczne rzeczy, które ten gość wygaduje. Ale jakoś nie widzę sensu walki z tym. Lepiej zostawić go w spokoju. Nie zapraszać. Nie słuchać. Lekceważyć. Wyśmiewać. Ale nie robić reklamy. I nie kopać się z koniem. On jest dobry, w tym co robi. Myślę, że długo uczył się co i jak mówić, żeby ślizgać się wystarczająco daleko od granic prawa, żeby sąd nie mógł mu nic zrobić. A jednocześnie mówić tak, żeby denerwować ludzi, intrygować oraz przekonywać niektórych przez pokazanie wroga. Zwykły, porządny człowiek, który chciałby mu powiedzieć po prostu: geje są takimi samymi ludźmi jak wszyscy inni i zasługują na takie samo traktowanie, nie ma szans. Z kilku względów. Po pierwsze facet ma swoje zdanie i go nie zmieni, bo mu się to nie opłaca. Po drugie nie uda się znaleźć na niego haka – myślę, że o to starannie postarał się sztab jego doradców. Po trzecie – kiedy ktoś jednym tchem mówi: […]. Nie, nie napiszę, co mówi. Nie będę robiła reklamy rynsztokowi. Pytanie jednak brzmi: jak tu się odnieść do tego wszystkiego, co tu tłumaczyć? To wymagałoby długich wykładów, podawania danych naukowych, pytania, co ma piernik do wiatraka – a wszystko razem wymagałoby czasu. A rozmówca nie chce słuchać. To jest jego metoda: powiedzieć i spłynąć. Oraz zainkasować pieniądze za występ.

Oto clou tego wszystkiego: pieniądze. Myślę, że mam rację podejrzewając, że osobnik ten tak naprawdę nie wierzy w to wszystko, co mówi i pisze. I nie jest stuknięty – przynajmniej nie w takim znaczeniu, że nie wie, co mówi. Może i ma obsesję na punkcie seksu, zwłaszcza homoseksualnego, oraz nerwicę natręctw, co wyłazi w jego wypowiedziach i publikacjach. Ale przede wszystkim jest po prostu znakomitym biznesmenem. Znalazł sobie dobrą niszę, lata temu poszukując wśród innych tematów, jak aborcja, samobójstwa i inne, czym tu by się zająć. Doszedł do wniosku, że homoseksualiści są najlepszym celem i atakowanie ich przyniesie mu najwięcej profitów (jak sam żałuje, nie udało mu się jedynie położyć łapy na tak zwanych transakcjach wiatykowych). Ale zyski ogromne ma i tak, między innymi dzięki popularności, którą zapewnia mu nawet nieżyczliwa prasa. Business the American way.

Ohydne jest to, co mówi. Ohydne jest to, że zaprosiły go uczelnie katolickie, którym idea niszczenia jakichkolwiek ludzi powinna być absolutnie obca. Ohydne jest, że o pomyśle znakowania ludzi mówi się w kraju, gdzie żyją jeszcze ci, którzy znakowani byli w obozach koncentracyjnych. Ohydne jest, takie poglądy znajdują posłuch u niektórych. Ale tym bardziej nie wolno zniżać się do takiego poziomu. Bo w ten sposób legitymizuje się oponenta i jego bełkot, a jemu o to chodzi. Oponent przegra wtedy, kiedy zobaczy, że nawet psu z kulawą nogą nie chce się obsiusiać jego wypocin opublikowanych w jakimś szmatławcu, a na ewentualny wykład przychodzą tylko żałośni organizatorzy.

Niepoważne pytania o seks

Książki o. Knotza określane są czasem mianem chrześcijańskiej Kamasutry. Nie wiem, nie czytałam ich. Ale na podstawie wywiadów i artykułów prasowych mogę sobie wyrobić pogląd na to, co autor sądzi o seksie w małżeńskiej sypialni. Katolicko-małżeńskiej oczywiście. Wyrabiam więc sobie ten pogląd i widzę, że nic nowego nie widzę. Że orgazm jest OK, że pieszczoty są OK, że […] seks frywolny, z igraszkami, przy zapalonym świetle […] – […] wszystko to można stosować […] – to jest coś nowego? Naprawdę? To w takim razie tragedią jest fakt, że ludzie tego przedtem nie wiedzieli. A przecież podobno to nie był grzech, to było tylko tabu, tylko to, co z tematem […] związane uważa(ło) się za grzeszne. O. Knotz obala te stereotypy […]. Rozumiem więc, że przez lata wyglądało to tak: grzechu nie ma, ale cicho sza, nic ludziom nie mówimy, ciemny naród to kupi, najwyżej ten wrażliwszy element będzie się zadręczał całe życie. Postępowanie etyczne? Empatyczne? Skąd, a po co? W końcu księża się nie męczą (teoretycznie), tylko świeccy, po co im ułatwić cokolwiek? Życie świeckiego chrześcijanina ma być pasmem udręk? Niby nie, ale zróbmy mu z tyłka jesień średniowiecza, za to, że on może pofiglować, a my – księża i zakonnicy – nie.

Może jednak powinnam cieszyć się, że taki o. Knotz się pojawił i oświeca maluczkich, a ci z otwartymi buziami słuchają, że mogą robić to i tamto w łóżku? Fajnie, rzeczywiście. Pytanie, czy to są dorośli ludzie? Czy owce, którym kiedyś zrobiono wodę z mózgu? A teraz robi się drugi raz, podsuwając łaskawcę w habicie, który pozwoli i na seks oralny (z zastrzeżeniami) i na przyjemność. Mój Boże, z radości chyba wybiorę się do Częstochowy, na kolanach, w podzięce.

A nawet… nawet jeśli zmuszę sie do tej radości, w ramach solidarności z trzymanymi dotąd za mordę bliźnimi – dobrze, że się taki pojawił, dobrze, że gada, że seks jest w porządku, może komuś taka informacja przyda się do czegoś – widzę przecież, że coś jest mocno nie tak.

[…] Miłość męża do żony obliguje go, aby po swoim własnym zaspokojeniu, pieścił jej wargi sromowe i łechtaczkę do czasu, aż osiągnie orgazm. […]

Koniecznie? A czy małżonka ma prawo woleć pieszczoty czegoś innego, a nie łechtaczki? A może w ogóle osiągać orgazm jakoś inaczej? Nie, nie możemy przecież pozwolić temu głupkowi, przepraszam – osobie wierzącej, żeby sam sobie podjął decyzję, co ma robić w łóżku. Muszą być jakieś wskazówki. Wielki brat (Knotz) patrzy. 

[…] Patrząc na akt seksualny tylko pod kątem przyjemności, uważa orgazm za najważniejszy moment współżycia seksualnego. Taki pogląd jest błędny. Najważniejszym i szczytowym momentem jest moment penetracji w pochwie kobiety”. […]

Może dla księdza najważniejszym momentem jest moment penetracji w pochwie kobiety, ale myślę, że tu to raczej kobiety powinny się wypowiedzieć. I pewnie niekoniecznie wszystkie by się zgodziły.

Niesmaczne mi się wydaje, że można w taki sposób mówić o seksie i sprawach z tym związanych. Nawet nie tylko dlatego, że autor jest zakonnikiem. Ale również dlatego, że jest osobą postronną. A takie szczegółowe kwestie łóżkowe powinny zostać intymnymi sprawami ludzi, którzy akurat do tego łóżka idą (nie mówię o przemocy czy tego typu rzeczach). I niesmaczne jest nie tylko to, że o sprawach takich wypowiada się osoba postronna, ale także to, że robi to z wyłącznie męskiego punktu widzenia. Klasycznie: autorytet równa się mężczyzna, w dodatku mężczyzna niewykształcony w tej konkretnej dziedzinie, a poza tym nie poświęcający momentu nawet minimalnej refleksji, że może kobiety czują inaczej. I może że w ogóle różni ludzie mogą odczuwać inaczej.

Co to znaczy: […] normalny akt małżeński, by spotkali się mężczyzna ze swoją cielesnością i kobieta ze swoją […]? Dostaję alergii na kościelną nowomowę. To normalne chyba, że mam swoją cielesność cały czas przy sobie, nie wieszam jej na wieszaku. A normalny akt znowu pachnie mi ograniczeniami – zawsze można uznać coś, co księdzu nie odpowiada, za nienormalne. […] Zaznaczył też, że nie należy przesadzać i „szukać nie wiadomo czego, by nie zrobić z Kościoła sex-shopu”. Jak mówił, kultura podpowiada, jak urozmaicić seks małżeński, np. poprzez perfumy czy bieliznę. „Nie mówimy o patologiach, mówimy o normalności, w której nie trzeba się bać romantyzmu” – mówił pytany o to, czy grzechem jest np. używanie pejcza w sypialni.[…] A jeśli ja wolę pejcz od romantyzmu? O romantyźmie w seksie myślę sobie wyłącznie w kontekście starego głupawego powiedzenia (Roman, tyź mie dziecko zrobił), świeczki kojarzą mi się z kawałem o zakonnicach, a perfumy i bielizna? Kobiety mają je nosić, tak? Czyli są zasadniczo dla mężczyzn, czyż nie?

I co to wszystko ma, na litość, do robienia z Kościoła sex-shopu?

[…] – Ludzie próbują wtedy stosować jakieś wibratory, kulki dopochwowe, chcą maksymalizować doznania. Wtedy wymiar więziotwórczy seksualnego zbliżenia zaczyna niknąć. Czasem to żona czuje, że to co proponuje jej mąż, to już wyuzdanie. To bardzo staroświeckie słowo, ale dobrze oddaje wątpliwości niektórych osób. […]

Zauważmy, że wibratory i kulki są dla kobiet. Rozumiem więc, że to co zwiększa doznania mężczyzn jest dobre, a to, co zwiększa doznania kobiet – to już patologia. Oraz wyuzdanie. I więź zanika – mój Boże, wszystko przez te wyuzdane, nienormalne baby.  Normalna kobieta nie myśli o maksymalizowaniu doznań. Normalna kobieta najpierw zapala świeczki, zakłada bieliznę, potem czeka, aż mąż skończy, a na końcu liczy, że i jej się coś dostanie. Absolutnie nie pejczem, bo to zboczenie.

Nic nowego pod słońcem, ten cały o. Knotz. Ogłaszanie czegoś, co było prawdą zawsze. Wszystko leciutko podlane sosem męskocentryzmu i niechęci do kobiet. A przy okazji nałożone sporo ograniczeń, żeby świeckim katolikom przypadkiem woda sodowa nie uderzyła do głów.

Szkoda, że o. Knotz nie bierze sobie do serca swoich własnych uwag. […] Ludzie pytają mnie o to, co wolno w seksie, a czego nie. To niepoważne” […]

O to to. To wszystko razem jest niepoważne.

 

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,81048,6532652,O__Ksawery_Knotz_o_frywolnym_i_bezgrzesznym_seksie.html 

http://serwisy.gazeta.pl/kosciol/1,64835,6563342,Polska__Seks_sie_Bogu_podoba__Wywiad_z_o__Knotzem_.html

http://wyborcza.pl/1,76842,6533733,Pan_Bog_i_seks.html

http://wyborcza.pl/1,96165,6445282,Kapucyn_o_seksie_u_torunskich_redemptorystow.html

A global spasm of paranoia czyli oczywiście grypa

Panikowanie mnie zupełnie nie bawi. Głównie dlatego, że odbiera zdolność jasnego myślenia. Człowiek panikujący nie ocenia ewentualnego zagrożenia racjonalnie, nie jest więc w stanie wymyślić sensownych metod ochrony przed tym zagrożeniem.

Nie panikuję więc w związku z nową grypą. Czytam, owszem, informacje na stronach CDC i WHO. Nie widzę tam paniki ani nawet jakichś szczególnie przerażających wieści. W Stanach w tej chwili potwierdzono 160 przypadków zakażeń, w tym jeden śmiertelny. WHO informuje o 397 przypadkach w Meksyku, a w tym o 16 zgonach. Jest też opisanych po kilka – kilkanaście przypadków zakażeń w różnych krajach europejskich, pojedyncze w Azji oraz 34 w Kanadzie. To jest dużo? Jakkolwiek jest to tragedia dla ludzi i rodzin dotkniętych wirusem, to tych przypadków jest w rzeczywistości bardzo mało.

Mało przypadków, mało zgonów. Leki ogólnie rzecz biorąc są (co w końcu nie jest takie częste przy zakażeniach wirusowych), epidemiologia znana. Naprawdę, trudno mi panikować.

Ważne jest, żeby wiedzieć, jak się zabezpieczać. Maseczki, mycie rąk, zasłanianie ust przy kichaniu, pójście do lekarza (zamiast do pracy), kiedy człowiek czuje się gorzej. Darowanie sobie podróży do Meksyku. Nie są to jakieś nadzwyczajne środki ostrożności. Maseczki w domu mam (ale się nie zaciągam ;-) ), preparaty alkoholowe do dezynfekcji rąk też. Do Meksyku się nie wybieram.

Skąd więc panika? To wygląda prosto – media. Dziennikarze, którzy nie mają o czym pisać, a temat jest świetny, bo dotyczy wszystkich. Może też kwestia uniknięcia „ważniejszych” tematów, jak kryzys ekonomiczny? Nie winiłabym jednak dziennikarzy. Piszą, bo taka ich praca. Czy byłoby lepiej, gdyby nie pisali? Nie informowali, nie przestrzegali?

Wydaje mi się, że w sporym stopniu zawinili tu naukowcy. Podekscytowani całą sytuacją próbowali zainteresować nią media. A przy okazji na wierzch wylazła różnica między tym, co robi wrażenie na ludziach nauki, a co na ludziach mediów i laikach w ogóle.

Wirusy grypy A są szalenie fascynujące. Ich genom składa się z ośmiu fragmentów jednoniciowego RNA. Jeśli dwa różne wirusy, na przykład różnych gatunków, znajdą się w jednym organizmie (najczęściej świni) może nastąpić wymiana tych fragmentów, czyli tak zwana reasortacja genów czy skok antygenowy. Na skutek tego skoku antygenowego powstaje zupełnie nowy wirus. I jeżeli reasortacja nastąpi w rejonach kodujących zwłaszcza hemaglutyninę (także neuraminidazę) powstają takie wirusy, na które populacja ludzka nie jest odporna – ze względu na to, że przeciwciała przeciwko hemaglutyninie są głównym środkiem obronnym organizmu. Może to więc doprowadzić do epidemii albo nawet pandemii.

Skok antygenowy jest unikalną cechą wirusów grypy A. Owszem, wirusy te mogą także łatwo mutować, jak zresztą inne wirusy, grypy B na przykład, ale też wirusy w ogóle, w szczególności wirusy RNA. Takie zwykłe mutacje punktowe w przypadku wirusów grypy A nazywa się przesunięciem antygenowym. Znowu, najważniejsze są one, kiedy dotyczą hemaglutyniny oraz neuraminidazy, ale są to zmiany niewielkie, stosunkowo nietrudno jest więc wyprodukować szczepionki przeciw takim nowym mutantom. Dlatego też zresztą mamy nowe szczepionki przeciwgrypowe co roku – ze względu na przesunięcie antygenowe.

Specjaliści od grypy od dawna przestrzegali, że ponieważ wirusy grypy A mają takie możliwości, jak reasortacja genów, jest tylko kwestią czasu, kiedy dojdzie do kolejnej pandemii. I pojawił się ten nowy wirus, świńska grypa, jak go na początku nazywano, choć nazwa ta była niekoniecznie sensowna. Tak naprawdę nowy wirus H1N1 jest poczwórnym reasortantem i zawiera geny ptasie, ludzkie i świnskie. Teraz próbuje się nazwę tę zmieniać, uważam jednak, że naukowcy powinni wymyślić dobrą nazwę już na początku. Nie byłoby wówczas może problemów z zabijaniem całych stad niewinnych zwierzaków, jak w Egipcie, czy paranoi na temat jedzenia wieprzowiny. Myślę jednak, że kiedy po raz pierwszy zachwycono się tym wirusem, nikt nie zawracał sobie głowy nazwą. Oczyma wyobraźni widzę, jak podekscytowani badacze wpatrywali się w wyniki: „nowy wirus, tak jak przewidywaliśmy!”, „ryzyko pandemii!”, „ewolucja schwytana na gorącym uczynku!” , a w dodatku wirus przekroczył barierę gatunkową, co zawsze jest dużym wydarzeniem. Nie, nie sądzę, że ci naukowcy byli czy są pozbawieni serca. Na pewno zdawali sobie sprawę, że mogą nastąpić przypadki ciężkich zachorowań czy nawet śmiertelne. Tylko, że kiedy podzielili się swym odkryciem z prasą, było juz za późno na tłumaczenie, że „my jesteśmy tak zafascynowani wyłącznie z powodów naukowych”.  Za późno na jakiekolwiek poprawki czy próby uspokojenia. Media wzięły sprawy w swoje ręce i zaczęły przesadzać, jak to media mają w zwyczaju.

Do pierwszego błędu świata naukowego dołożył się prawdopodobnie zaraz drugi – błąd służb medycznych Meksyku. Nie zauważono tam prawdopodobnie początku epidemii (a że epidemia tam jest, nikt nie ma chyba wątpliwości, chorują głównie ci, którzy byli w tym kraju), nie liczono ludzi niehospitalizowanych, nie zgłaszano prawdopodobnie wszystkich przypadków, tylko te najcięższe. W konsekwencji śmiertelność nagle urosła im do potwornych rozmiarów i rozpętało się piekło.

I jest jeszcze trzecia kwestia. Dlaczego tak bardzo nagłośniono akurat grypę? Dlaczego nie nagłaśnia się w ten sam sposób innych epidemii, których nie brakuje? Bo grypa jest neutralna. Po pierwsze, zachorować może każdy, dziecko, dorosły, kobieta, mężczyzna, czyli wszystkich to z grubsza równo dotyczy. Nie ma więc problemu, jak na przykład z rakiem szyki macicy, kiedy rodzice nie chcą pozwolić na szczepienia chłopców, bo ich przecież nie będzie dotyczył ten problem. A ponadto grypa jest chorobą mało zawstydzającą. Nie przenosi się drogą płciową, jak HIV, nie ma jakichś szczególnie niemiłych objawów, jak na przykład choroby biegunkowe czy skórne.

I czwarta – kwestia nieznajomości realiów. Jaki człowiek (nie-specjalista) wie, z jakimi wirusami czy bakteriami spotyka się w każdej chwili, idąc do sklepu czy gadając z nieznajomym na przystanku autobusowym? I zdaje sobie sprawę, jaka jest szansa zarażenia? Kto ma świadomość, jakie grzyby siedzą sobie w ziemi w jego własnym ogródku i czyhają na jego malutkie, niewinne dzieci? Oraz nieznajomości nazewnictwa – co to znaczy: epidemia, pandemia? Co znaczą te poszczególne stopnie? Czy to jest rzeczywiście tak groźne, że należy zabarykadować się w swoim domu, czy jest to raczej chłodny opis epidemiologii zakażenia? A z drugiej strony, każdy Polak (i nie tylko) to lekarz i każdy uważa, że zna się na medycynie. I myli potem dowolne zakażenia układu oddechowego z grypą albo opowiada bajki na temat „grypy żołądkowej”.

Wszystko to razem skutkuje pomieszaniem z poplątaniem, a to jest zawsze znakomite środowisko dla paniki.