Miesiąc: Wrzesień 2009

Łechtaczka na muszce, czyli jak to z Romusiem było

Pan kotek był chory. Pan kotek?
Pan lew był raz chory i leżał w łóżeczku.
I przyszedł pan doktor. „Jak się masz, koteczku?”
„Niedobrze, lecz teraz na obiad jest pora.”
Rzekł lew rozżalony i pożarł doktora.

Pan Romuś nie był chory, ale leżał w łóżeczku. Smętnie patrzył na swoje stare, obwisłe, czterdziestoletnie ciało. „Stary już jestem i niczego nie dokonałem. Nakręciłem wprawdzie te głupie filmy, ‚Łyżka w zupie’ i ‚Ojciec Rozamundy’ odniosły nawet sukces, ale co z tego? Nikt mnie i tak nie lubi. I muszę pocieszać się w ramionach tych paskudnych trzynastoletnich dziewcząt, fuj. Brzydkie takie są, że hej. I wyglądają przynajmniej na trzydzieści siedem.” Czuł się coraz dziwniej. „I po co ja tę Samantę tutaj zaprosiłem? Już cholera nie pamiętam! Starcza demencja? A mamusia mówiła przecież  „Uważaj, dziecko, na każdą trzynastolatkę, co to każdego zaciąga do łóżka. To kurewki małe są, nie można im ufać.” Mała tak jednak prosiła. „Pokaż mi swoje znaczki” nudziła. Zaprosił ją więc do domu Jacusia. Nie można przecież odmawiać miłym dziewczynkom, kiedy mają ochotę, prawda? „Tylko czy znaczki koniecznie muszą leżeć w zanudzi, przepraszam, jacuzzi? Przecież w ten sposób mogą złapać jakąś płciową chorobę przenoszoną drogą życiową” coraz bardziej leniwie myślał Romuś.

Samanta weszła do pokoju.

– Chodź Romuś, mieliśmy przecież oglądać znaczki.

– Ale ja jakoś nie mam ochoty.

– Oj, Romuś, Romuś, bo cię nie zerżnę.

Astma zagrała w rachitycznych oskrzelach Romusia. Rozebrał się, bo tak mu było wygodniej.

– Słodko brzmisz, kiedy tak rzęzisz i świszczesz. Misiek, chcesz cukerka?

– Jak ty chcesz.

– Dam ci troszkę takiego fajnego napoju, co to poprawi ci nastrój. I taki specjalny proszek, quaa…, meta…, M&M! Te M&My działają tak przyjemnie odprężająco. Jedz, jedz, będziesz łatwiejszy.

Biednemu Romusiowi zakręciło się w głowie. Co ona mu dała? Co ona chce zrobić?

– Chcę się tobą zaopiekować czule, staruszku. To bedzie taka duchowa opieka. I pokazać ci świat. Młodość musi objaśniać świat starości. W ogóle robić wszystko dla dobra starości.

Rozpięła spódniczkę. Podcięła mu nogi, które i tak się pod nim uginały, i pochyliła się nad jego twarzą.

– O, tu widzisz ten świat. Wprawdzie na razie wygląda jak moja łechtaczka, ale nauki nigdy za wiele.

– Nie, nie…

– Nie kop pani, bo się spocisz. I dlaczego nie, moja suczko, moja dupeczko?

– Bo gerontofilia jest zakazana…?

– Świnko, jakie ty znasz trudne słowa. A może ty masz już zryte gary? I duży przebieg? Fuj, nie będę dłużej obracała twojej obwisłej, acz słodkiej pupci. Daj buzię…

– Nie…

– Daj, daj. Żałuję wprawdzie, że dzieci z tego nie będzie, wszak trzynastoletnie kobiety chciałyby siać swoje jajeczka po wszystkich sąsiadach…

– ??

– No co, nie wiedziałeś, że kobiety są poligamiczne, a mężczyźni monogamiczni? I tak, zgodnie z naturą, ja muszę (inaczej się uduszę) zalać jajkami jak najwięcej samców. Dlatego też natura wyposażyła mnie w mnóstwo pęcherzyków w jajniku, pełnych dumnych, silnych, ruchliwych jajeczek. I powołała do siania, siania, siania…

I Samanta posiała. Celowała precyzyjnie, używając łechtaczki jako muszki, a czegoś tam, Romuś już nie załapał czego, jako szczerbinki.

– Powiem mamie – jego głos zaświstał metalicznie, jak szabla tnąca portrety jego kolegów po fachu grających hitlerowców.

– Daj spokój, Romuś, wstydu oszczędź. Ja też powiem. Zobaczymy, kto będzie szybszy.

Romuś usnął. Następnego dnia obudziła go policja.

– Jest pan aresztowany za gwałt na nieletniej.

– Ale ja nic nie zrobiłem! To ona mnie wykorzystała, upiła, nafaszerowała narkotykami i zgwałciła! Chcę ugody!

– Dobra, dobra, ty nędzny, mały Bolaczku, dobierzemy ci się do tyłka i wsadzimy cię na czterdzieści dni do pudła.

– Ojejku, to prawdziwy horror…

I Romuś uciekł. Błąkał się przez następne trzydzieści lat po odrażającym południu Francji. Jadł ohydne foie gras i pił wstrętne wina, z których słynie ten kraj. Nocami smagały go deszcze i ziąb, a za dnia krytycy filmowi, natrząsający się złośliwie, że nie może kręcić swoich dzieł w Holyweed. Wyjeżdżał w tym czasie do innych krajów, wszędzie pamiętając z rozpaczą, że jest na wygnaniu. „Jak oni mogą cię tak traktować?” pytali jego zgorszeni przyjaciele, którym opowiedział prawdziwą, czyli taką jak powyżej, wersję wydarzeń. „Przecież nic złego nie zrobiłeś, to tylko zła kobieta była. A ty przeszedłeś szlak od Lenino i przeżyłeś bitwę pod Pskowem. Coś ci się z tego tytułu należy!”

Romuś zgadzał się z nimi. Dlatego też nie zawracał sobie głowy powrotem, nawet kiedy wykorkował ten policjant, który tak dyszał ku niemu nienawiścią. Bo po co? „Przecież to zła kobieta była, a wszyscy artyści to prostytutki…”

Eee? A nie, przepraszam, tu chyba jest coś nie tak…

 

Navairze dziękuję za  inspirację, mając cichutką nadzieję, że nie pogniewa się za umieszczenie jego nicka w pobliżu tych wypocin. Dziękuję także Miskomdomleka, szczególnie za link do świetnego komentarza z Washington Post.
Nie dziękuję natomiast luminarzom polskiej kultury, choć dzięki ich  słowom zaoszczędziłam pióro flaminga. Zamiast użyć go tak, jak to zrobiłby Witeliusz, napisałam – tym piórem oczywiście – powyższe coś.

Reklamy

Każde porno jest gejowskie, czyli Moral Kombat

Republikanie są, jak powszechnie wiadomo, gorącymi obrońcami moralnych wartości w USA. I fajnie im to czasem wychodzi :-D

Każde porno jest gejowskie. Nie, nie tylko gejowskie porno jest gejowskie. Każde jest. Oto złote myśli Michaela Schwartza, szefa sztabu senatora, oczywiście republikańskiego, Toma Coburna. A dlaczego każda pornografia jest homoseksualna? Bo kieruje twój pociąg seksualny do wewnątrz, do wnętrza twojej jaźni. Proste i logiczne. 

Eeee…?

Co ważniejsze, można w ten sposób oduczać młodzież interesowania się pornografią. Mike Schwartz, zwierzając się, że utrzymywał bliskie kontakty z młodymi chłopcami (GO ON – mówi lubieżnie Jon Stewart, a słuchacze chichoczą) zauważył, że są oni najbardziej homofobiczną grupą ludzi ze wszystkich istniejących. My, dorośli, straciliśmy już niestety tę niewinną, naturalną, dziecięcą homofobię. Niektórzy przynajmniej – ci z nas, którzy boleśnie doświadczyli okrucieństwa otaczającego nas świata…

Tak czy inaczej, jeśli poinformuje się jedenastoletnich chłopców, że pornografia może sprawić, że staną się gejami, oni natychmiast i z obrzydzeniem wyrzucą wszystkie świerszczyki za okno (komputery, jak sądzę, też). Tadam! I sprawa rozwiązana.

I ponieważ i tak nie uda mi się tego skomentować lepiej, niż zrobił to cudowny Jon Stewart – voilà :-) :

http://www.thedailyshow.com/watch/tue-september-22-2009/moral-kombat

Edamame, pluoty i dziewica na patelni

Jak wiadomo, rozmaite wesołe stereotypy na temat Stanów krążą sobie od zawsze. A to, że chodników tu nie ma i bez samochodu człowiek nie przeżyje jednego dnia. A to, że rozwydrzone kobiety policzkują mężczyzn nagminnie za to, że ci ośmielili się przepuścić je w drzwiach. A to, że żaden Amerykanin nie ma pojęcia, gdzie leży Polska. Różne ciekawe informacje krążą sobie również na temat amerykańskiego jedzenia, w tym te, że wszyscy Amerykanie są grubi, jedzą wyłącznie śmieciowe żarcie, a o gotowaniu czytali tylko w przedwojennych książkach. Ci, którzy umieli czytać, rzecz jasna, czyli w sumie niewielu. Śmieszy mnie, kiedy podobne teksty słyszę z ust ludzi, którzy wiedzę o USA czerpali i czerpią z popularnych filmów obyczajowych typu „Commando” czy „Incredible Hulk„. Mniej śmieszne jest, kiedy stereotypami takimi, że przykro słuchać, lecą bezrefleksyjnie dziennikarze, którzy chyba z zasady powinni opisywać to i owo obiektywnie. Zapewne zawsze można powiedzieć, że i dziennikarze mieszkający w Stanach i osoby, które ten kraj odwiedzają, widzą w sumie jedynie jakiś ułamek tego, co można zobaczyć, poznać i polizać. Może więc nie należy wymagać od nich obiektywizmu? Albo przynajmniej zgodzić się na milczące założenie, że mówią w końcu o swoich doświadczeniach,  wszystko to jest więc jakąś tam prawdą? Przyznam, że takie założenie łatwiej mi raczej przyjąć w przypadku nie-dziennikarzy. Natomiast od dziennikarzy wymagałabym chyba troszkę więcej. Dlatego dziwi mnie nieco, kiedy pani Bosacka pisze, że w Stanach nikt nie gotuje, a pan Bosacki opisuje (w felietonie z cyklu „Tak wygląda Ameryka”) sklepy sieci Whole Foods jako „wściekle drogie”.

Zabawnie jednak rozmawia się i z ludźmi, którzy naprawdę sporo czasu spędzili w Stanach. Myśleć potrafią, a jednocześnie stereotypem rzucą tu i ówdzie, twierdząc, że sami to widzieli na własne oczy. Rozmawiałam ostatnio z taką właśnie osobą. O chlebie, którego jakoby nie uświadczy się tutaj za nic. Takim dobrym, prawdziwym chlebie, a nie o jakichś dmuchanych i sztucznych pieczywach tostowych. Kiedy informujemy, że niezłe pieczywo znajdzie się i tutaj, dostajemy odpowiedź, że: „a, ale w latach siedemdziesiątych to tak dobrze nie było„. Z taką tezą faktycznie trudno dyskutować. Milczymy więc. Za to nasz rozmówca dodaje po chwili: „zaraz, zaraz, ale w takim jednym sklepiku można było i wówczas kupić coś przyzwoitego„. Znaczy się – nie jest w tych Stanach tak najgorzej :-) .

Nie jestem zafascynowana jedzeniem w ogóle, jako takim. Nie gotuję. Nie oglądam programów o gotowaniu, konkursów, nie chodzę na lekcje przyrządzania potraw. Co jest, nawiasem mówiąc, zdecydowanie ulubioną rozrywką moich niektórych amerykańskich znajomych. Siedzę sobie czasem w pracy, słucham jak F. i A. wymieniają się przepisami, delektują się przyniesionymi z domu próbkami jedzenia i dyskutują nad składnikami nowego sosu do czegoś tam, nad którym to sosem F. pracował całą sobotę – i zastanawiam się, czy faktycznie gotowanie jest czynnością nudną i zbędną, jak była uprzejma napisać pani Bosacka. Może i jest. Dla mnie na pewno.

W gotowaniu nie widzę niczego zajmującego. Uważam je za zajęcie przykre a konieczne, i z wdziękiem zrzucam ten obowiązek na mojego biednego męża. W związku z tym nigdy też nie narzekam, bo boję się, że mój domowy kuchmistrz mógłby się zbuntować ;-) , a mnie wówczas nie pozostanie nic innego, jak poprzypalać wodę na herbatę. Staramy się jeść zdrowo i zróżnicowanie, bez szczególnego preferowania jakiejś kuchni. Raczej to, co nam odpowiada. Ponieważ nie korzystamy w ogóle z gotowców, a i niezbyt często z knajpek, omija nas dogłębne wgryzanie się w kuchnię amerykańską. Parę rzeczy udało nam się jednak dostrzeć, czy też raczej – posmakować. Czas więc na stereotyp ;-) .

Wszystko jest tutaj za słodkie. Za słodkie są ciasta i ciastka. I dżemy. Za słodkie są czekolady (i w ogóle mają inny smak, nawet moja ukochana biała Toblerone jest niesmaczna :-( ), obrzydliwie słodkie są soki. Za słodka była nawet ostatnio teoretycznie-francuska zupa cebulowa w restauracji – wszystko przez to, że często tu spotykana i kupowana cebula jest słodka. Brrr. Za to dzięki temu można się efektywnie poodchudzać – stosując dietę pod tytułem: M.Ż. tego ohydnego słodkiego świństwa!

I tak sobie myślę, czy jeszcze do czegoś się przyczepić stereotypowo na tej nieszczęsnej amerykańskiej pustyni kulinarnej. Wychodzi mi, że nie. Jak się człowiek postara, to kupi i doskonałe i smaczne i nawet znajome jedzonko. Nawet kiszone ogórki czy uszka do barszczu w polskim sklepiku nieopodal (w okolicy DC jest tylko jeden, ale nieźle zaopatrzony). I kefir. I pyszne szparagi w sezonie. I francuskie sery – im bardziej śmierdzące, tym lepiej – a pisze to osoba, która gdyby mogła, z przyjemnością odżywiałaby się niemal wyłącznie takimi serami i owocami.

A poza tym… Jadłam w Stanach tak znakomite rzeczy, jakich nie udało mi się znaleźć w Polsce czy w ogóle gdzie indziej. Steki na przykład, a zwłaszcza filet mignon w niektórych z tutejszych knajpek. I rewelacyjne ostrygi. Wspaniałe pluoty, czyli śliwkomorele – o różnych smakach i kolorach, słodsze i mniej słodkie, bardzo soczyste i pachnące. Niespodziewanie pyszne czereśnie – zawsze uwielbiałam czereśnie i nie spodziewałam się, że poza Polską mogą być aż tak smaczne. Oraz coś, co odkryłam dzięki znajomym Chińczykom – edamame, blanszowane nasiona soi w strączkach. Chińczycy wcinają je ze z solą morską, ja wolę bez soli. Niebo w gębie.

zjadlem

Pani Bosacka ubolewa: […] W Stanach poznałam dziesiątki ludzi z pasją: psiarzy, sportowców, winiarzy. Nie ma wśród nich nikogo, kto jak Robert Makłowicz potrafiłby zachwycić się cebulką „rumieniącą się na patelni jak dziewica przed nocą poślubną”. […] Przyznam, że z moich gotujących z pasją znajomych w Stanach nikt nie zachwyca się dziewicą na patelni. Ale może to i dobrze :-)

Okołoksiężowskiego sawuar wiwru część kolejna

Dziwnie jakoś ta kolejna część znowu dotyczy kobiet. Zupełnie nie wiedzieć czemu.

[…] Kobiety, szczególnie te młodsze i w tzw. sile wieku nie powinny nigdy zapominać kim jest kapłan i jaka jest jego sytuacja duchowa, ale i społeczna.[…]

Bo starsze, to już eee tam – i tak nic z nich nie będzie.

[…]Kobiety spotykające się z księżmi w sprawach parafialnych czy służbowych powinny też być odpowiednio ubrane, według formuły „zero seksu”.
Powinny podczas spotkania z księdzem powstrzymać się od wszelkich odruchów będących znakiem kokieterii. […]
[…] Jest to poważny problem. Szczególnie młode kobiety ciągną do, szczególnie młodych, kapłanów „jak do miodu”, potrafią ich kokietować i wdzięczyć się do nich, wręcz próbują z nimi, świadomie lub częściej nie, flirtować. […]

Ojejku, jej. Ci biedni, wystawieni na straszne pokusy księża. I te podłe kobiety, kokietujące i flirtujące oczywiście nieświadomie.

[…] Na pielgrzymkach pieszych wokół młodych księży tworzą się wianuszki młodych kobiet. Takie stadko potrafi nie opuszczać księdza ani na chwilę, wciąż szczebiotać i przymilać się. Starsi księża na wieczornych odprawach pielgrzymkowych często przypominają młodym księżom, by nie dopuszczali do tworzenia się takich „haremików”. Młodzi księża są tu w trudnej sytuacji. Nie chcą przecież żadnych dwuznaczności. Nie chcą jednak też nikomu sprawić przykrości. Nie potrafią często, ze względu na swój wiek, utrzymać, wręcz na siłę, odpowiedni dystans, gdy jest on „brutalnie” skracany przez młode kobiety.
Tak więc w takich sytuacjach duża odpowiedzialność ciąży na kobietach i powinny tu nie zapominać nigdy o wskazaniach savoir vivre. […]

Młodzi księża są taaacy uprzejmi. Z tej uprzejmości to nawet przelecą jedną i drugą szczebioczącą panią, żeby nie sprawić jej przykrości odmową swojej półboskiej osoby. Ale winne są oczywiście brutalne kobiety. I odpowiedzialne za to, czego księża nie potrafią utrzymać na wodzy.

[…] Z pewnością nie nadaje się do tego taki młody ksiądz, który zwraca większą uwagę na westchnienia młodych kobiet aniżeli na ich pragnienie Ewangelii, na którym większe wrażenie wywiera pociągająca młodość niż zasmucająca pospolitość, który nie dostrzega, że podczas, gdy on mówi o wzniosłych duchowych intuicjach i przytacza teksty czarujące jak poezja, młoda kobieta pozostaje urzeczona promieniowaniem jego oczu, zachwyca się jego głosem, uśmiecha się dwuznacznie i prosi, by mogła znowu przyjść i pozostać, jak można najdłużej”.[…]

O, tu na początku wyglądało, że jednak jakieś myśli pod tytułem: ‚a może to ja, ksiądz, powinienem zastanowić się nad moim zachowaniem?’ są jak najbardziej na miejscu. Ale jednak nie, to wszystko i tak wina kobiet – tych dwuznacznie się uśmiechających i wciągających męskie/księżowskie niewiniątka w powikłane historie.

[…]Ze zdumieniem stwierdzam jak niewiele wystarczy żeby oczarować i wciągnąć w tak często powikłane historie mężczyznę, księdza, który ma za sobą długą drogę duchową,[…]

[…] We wszystkich tych sytuacjach, w których kontakt kobiety z księdzem jest dłuższy i często bliższy, kobieta powinna wzmóc swoją czujność i szczególnie drobiazgowo przestrzegać norm savoir vivre traktując kapłana jak swojego zwierzchnika w pracy – utrzymując dystans we wszystkich płaszczyznach i w żaden sposób się nie spoufalając.[…]

Jak swojego zwierzchnika? Niektórym to się zdrowo przewraca w głowach. Pewnie dlatego, że nikt ich już nie chce traktować jak książęta. A takie były kiedyś piękne czasy:

[…] W tradycji europejskiej, szczególnie tradycji polskiej, kapłan zawsze był zaliczany do wyższych warstw społecznych. W Polsce pojawił się nawet specyficzny tytuł „ksiądz”, który sygnalizuje, że należy go zaliczać do arystokracji i traktować tak jak traktuje się książąt.[…]

[…] Tak więc należy traktować kapłana, w stosunkach towarzyskich, ale i służbowych, zawsze w sposób szczególnie wyjątkowy, z wielkim szacunkiem, jako gościa honorowego, gościa, któremu należą się specjalne względy.[..]

[…] Kobieta spotykająca się z księdzem np. w sprawach parafii, przebywająca w jego towarzystwie nie powinna nigdy dopuszczać do tego, by zbliżyć się do księdza w taki sposób, by był to dystans intymny, czyli powinna być zawsze w odległości od niego przynajmniej 1 m.[…]

Tak, ona nie powinna dopuszczać. A on sakramentów udzielać z użyciem metrowego kija. Wszystko szalenie kulturalnie i w zgodzie z sawuar wiwrem. Jakimś przynajmniej, wrrr.

Nie zmienia to faktu (a może nawet go podkręca), że księża (i weseli autorzy książek o czymś, czemu wstyd nawet nadawać szlachetną nazwę savoir-vivre), którzy chcieliby żeby kobiet albo w ogóle nie było w ich obecności, albo żeby te, które są, odwiesiły swój seks na haczyk, mogą mieć całkiem fajne fantazje na temat kobiet. Te agresywne półnagie ateistki – mniam, mniam :-)

[…] Nie możemy obok kapłana posadzić półnagiej ateistki-kokietki (będącej np. naszą ciotką), która jest antyklerykałem, zwolennikiem aborcji i nie przepuści, jak to się mówi, nikomu w spodniach. Nie możemy przecież dopuścić do tego, by cały czas kokietowała księdza, prowokowała go w perspektywie seksualnej, obrażała, wciągała w dyskusje na tematy światopoglądowe, w ramach których będzie się wypowiadała w sposób przykry dla kapłana, obraźliwy, gorszący i będzie agresywna.[…]

Gołe łydki w kościele, czyli erekcja u księdza i innych wierzących

Wczoraj miałam przyjemność być w kościele na mszy bardzo młodzieżowej. Młodzieżowej na tyle, że spokojnie poczułam się jak dinozaur. Nie taki znowu przeterminowany jednak, ponieważ z przyjemnością patrzyłam na te dziewczyny i chłopców – a spory tłum był – i z zadowoleniem myślałam sobie parafrazując jednego z tatusiów z „Dzieci z Bullerbyn„, że tu stoi młody katolicyzm, metr za metrem. A z zadowoleniem, bo fajny on jest, ten katolicyzm, taki żarliwy, ale i pełen humoru i pełen wolności. I myślałam też, patrząc na studentów, którzy na mszę przyszli zapewne prosto z akademików, że niektórych konserwatystów szlag trafiłby na sam widok. Nie wszystkich może, ci liberalniejsi byliby tylko nieco zniesmaczeni.

Bo do kościoła należy chodzić ubranym odświętnie. Nie w dresach, nie w krótkich spódniczkach, nie w szortach, nie z dekoltami. Bo to świadczy o braku szacunku. Hmmm. Patrzyłam na śliczne złote włoski na ładnych nogach modlącego się obok mnie chłopaka, patrzyłam na dziewczyny w miniówkach rozdające komunię i zastanawiałam się, co to wszystko ma w ogóle wspólnego z szacunkiem?

Dyskutuję na ten temat z pewną osobą z rodziny. Osoba ta, kiedyś zgorszona widokiem skąpo odzianego faceta w kościele powtarza oczywiście te same komunały o szacunku. Do kogo więc ten szacunek, pytam. Szacunek do Boga, brzmi odpowiedź. Jak zawsze zachwyca mnie niezachwiana – charakteryzująca często osoby o konserwatywnych poglądach – pewność co do tego, jak Bóg widzi ludzi. I cudowne przekonanie, że Jego poglądy są, niespodzianka, akurat takie, jak nasze. No dobrze więc – następuje niewielka zmiana kursu – chodzi o szacunek do miejsca. Przecież to budynek, jak można mieć szacunek do sterty cegieł, mówię. Ale jeśli jesteś wierząca, to wiesz, że w tym budynku jest Bóg. No wiem, i co z tego?  Bóg jest wszędzie, to po pierwsze, a po drugie – czyli wracamy do tego, że chodzi jednak o szacunek do Boga, a nie do miejsca, czyż nie? No to może – szacunek do innych chodzących do kościoła? No i  tu też się nie zgadzam, bo do kościoła chodzę, a jakoś zupełnie mnie nie obraża, że obok mnie siedzi chłopak w dresie albo dziewczyna w króciusieńkiej sukience na ramiączkach. Mamy więc remis w rozmowie. Chwilowo tylko. Bo już nie mogę doczekać się argumentów z gatunku – teraz jest źle, ale jeśli damy palec, to zjedzą całą rękę, czyli będzie jeszcze gorzej.

Pada więc pytanie – a co, jeśli ludzie zaczną chodzić do kościoła w kostiumach kąpielowych, będzie ci się to podobało? Przyznam akurat, że byłoby mi to zupełnie obojętne, ale przy okazji zaczynam uświadamiać sobie coś jeszcze. Coś, co ważniejsze jest chyba od kostiumów i gołych łydek w kościele. Widzę tę specyficzną mentalność, mentalność oblężonej twierdzy, twierdzy, która uważa, że ma monopol na prawdę, moralność i zasady postępowania. Widzę przekonanie, że jeśli nie będziemy bronić takich głupich drobiazgów, jak zasłonięte łydki, takiej absurdalnej pseudomoralności, którą chcemy widzieć jako obiektywną, a jest ona tylko przekonaniem naszego konserwatywnego umysłu, to wszystko upadnie, ludzkość zginie, a świat się skończy.

Ten nurt w moim Kościele bardzo mi nie odpowiada. Taka „zgrzybiałość” tego Kościoła, „zdziadzienie”, pretensje o wszystko, czego nie było „za naszych czasów”. A nurt ten jest silny, szczególnie w Polsce, ludzie lubią mieć wszystko uporządkowane, podane z góry, z siłą wodospadowego autorytetu. I w porządku, niech sobie lubią. Tylko niech nie przedstawiają tego jako opinii Boga (bo któż wie, co On sobie myśli, patrząc na swoje ukochane stworzonka), i niech nie przedstawiają tego jako zdania obrażonych wierzących. Nie wszyscy wierzący myślą tak samo, jak widać.

Mogłabym też podchwyć rozumowanie o dawaniu palca i powiedzieć, że owszem, jeśli pozwolimy konserwatystom na dyktowanie wszystkim, jak należy ubierać się do kościoła, to to faktycznie może się źle skończyć. Najpierw dojdą do wniosku, że nie należy zakładać sandałków do kościoła, potem że nawet długie spodnie są fuj, a na czym skończą?

[…] Może ona [kobieta] występować jako pracownik, reprezentant firmy, danego środowiska, jako naukowiec, dziennikarz czy po prostu jako człowiek. W takim wypadku jej ubiór, jak mówią specjaliści reprezentuje opcję „zero seksu” – spódnica nie jest krótka, ramiona, dekolt i plecy są zasłonięte, ubiór nie jest ani obcisły ani prześwitujący, buty zakrywają palce i pięty, biżuteria i inne ozdoby są bardzo skromne. Za najbardziej reprezentatywne dla takiego ubioru uznaje się kostium, garsonkę, sukienkę z marynarką, lub mniej odświętne – klasyczną szmizjerkę z długimi rękawami czy bliźniak. […]

Kobieta występująca „po prostu jako człowiek” wzrusza mnie do łez. Zwłaszcza, że oznacza to „zero seksu”. Idąc do kościoła odepnę więc sobie biust i zostawię nogi w domu. Wystarczy? Czy ten seks się gdzieś jeszcze we mnie uchowa?

[…] Nasz ubiór i nasze zachowania, jak uczy etykieta, mają być takie, by u nikogo nie wywoływać negatywnych reakcji, by powodować powszechną akceptację. […]

Powszechną? Tzn. czyją? Bo mojej akceptacji te cytowane opinie jakoś nie chcą spowodować. Za to, owszem, wywołują negatywne reakcje.

[…] Poza tym należy pamiętać, że ubiór podkreślający kobiecość, uwypuklający ją może, co powinno być oczywiste, ściągać i rozpraszać uwagę mężczyzn, a przecież przyszli tu oni po to, by spotkać się z Panem Bogiem, a nie podziwiać kobiecą urodę. Epatując ich swoimi wdziękami kobieta postępuje więc w taki sam sposób jakby przyszła do publicznej biblioteki i czytelni, gdzie obowiązuje cisza, bo wszyscy chcą w skupieniu czytać, i włączyła głośno przenośne radio. […]

Jasne, jasne – biedni mężczyźni, cierpiący na rozproszycę przykościelno-kobiecą nagminną. Może to leczyć trzeba? A lekarstwem prostym może być – jak ci się nie podoba (albo raczej – podoba za bardzo), to się nie gap. Wzrok można odwrócić. W odróżnieniu od ucha, więc analogia nietrafiona mocno.

[…] W kościele kobiety nie powinni epatować innych nie tylko swoją kobiecością – seksapilem, ale również w żaden inny sposób. Nie powinny rozpraszać ich, ściągać na siebie ich uwagi.
Tutaj ludzie przyszli do Pana Boga, a nie po to, by nam się przypatrywać czy zachwycać się naszym zapachem. To wszystko kobiety powinny brać pod uwagę ubierając się do kościoła. Ich strój powinien zatem być elegancki, ale bardzo skromny, makijaż, jeżeli w ogóle, to bardzo dyskretny. Perfum nie powinny używać. […]

Makijażu nie, perfum nie, worek zamiast sukienki. A najlepiej, żeby kobiet w ogóle nie było. Skoro mamy w żaden sposób nie epatować… Byli i są tacy, co to zabraniali ozdób kobietom na mszy, tacy, którzy nie pozwalają się kobietom modlić razem z mężczyznami, tacy, którzy chcą, żeby kobiety nie epatowały kobiecością – spokojnie, powoli dojdziemy i do burek. Muzułmanki mogą się tak ubierać? Mogą. To dlaczego nie katoliczki?

[…] Kobiety siadając w pierwszych ławkach, powinny ponadto zwracać szczególną uwagę na stosowność swojego ubioru. Ich ubiór może bowiem rozpraszać również księdza (czy księży) lub inne osoby znajdujące się przy ołtarzu. […]

Bo jak powiedział Charles o sukni ślubnej Carrie („Cztery wesela i pogrzeb„): You know, there’s nothing more off-putting in a wedding than a priest with an enormous erection. Fajnie, fajnie. Tylko czyj problem tu mamy? Może to ksiądz powinien się opanować? Tak jak tutaj :-) : http://www.youtube.com/watch?v=4oqFyF_SE6g

Podejrzewam, że właśnie ze względu na mniej bądź bardziej jawny seksizm tak nie lubię nawet dość wyważonych opinii o ubraniu w kościele. Tych, które mówią ogólnie o stroju dopasowanym do sytuacji, o savoir-vivre, o grzecznym zachowywaniu się wobec innych.  Bo mam wrażenie, że tu chodzi o władzę, o satysfakcję z rządzenia ludźmi, o tłumienie tego, co komuś tam akurat się nie podoba, bo takie ma widzimisię albo fantazje. I przy okazji gładkich słówek, skierowanych niby do obu płci, przemyca się ideę, że tymi, którzy przede wszystkim mają słuchać, są oczywiście kobiety.
(Ciekawostka, jak wiele uwag o ubieraniu się czy zachowaniu w miejscach świętych dotyczy kobiet, a ile mężczyzn. Nawet w tekście, z którego wzięłam cytowane wyżej kretynizmy, dysproporcja jest uderzająca. I tak samo irytująca.)

Pod jednym dachem? Z antychrystem?

S. zwierza mi się cichutko. Jest zawstydzona. 

Ostatnio jej rodzina przeprowadziła się do innej dzielnicy. Sprawdzili wcześniej, jak to nowe miejsce wygląda populacyjnie – ile mieszka osób białych, ilu czarnych, ilu Latynosów. Okazało się, że biali stanowią zaledwie 5% mieszkańców. S. tłumaczy gorąco, że absolutnie jej to nie przeszkadzało, że świetnie dogaduje się ze wszystkimi i że żaden kolor skóry nie jest dla niej problemem. Ale zaczęła myśleć trochę inaczej, kiedy jej córka poszła do przedszkola. A w tym przedszkolu jakoś jest tak, że czarne dzieci trzymają się osobno, mali Latynosi też, a ponieważ inne tam właściwie nie chodzą, to mała nie ma się z kim zaprzyjaźnić.

S. pyta, co ma zrobić. Zmieszana mocno, tłumaczy, że ona naprawdę nie jest rasistką, że nie uważa, że ktoś tam jest gorszy, i tak dalej, ale co zrobić z dzieckiem? Z drugiej strony widzę, że chyba przede wszystkim boi się oskarżeń o rasizm („oficjalnych” oczywiście, bo przecież nie moich) – gdyby chciała przenieść dziecko do innego przedszkola, powinna podać jakiś powód. I co ona wtedy zrobi – powie, że chce, żeby dzieciak przyjaźnił się z osobami o podobnym kolorze skóry?

Słucham jej i zastanawiam się, co o tym myśleć. Czy jest to forma rasizmu? I to właśnie ze strony rodziców, bo nie chce mi się wierzyć, że dzieciaki tak same z siebie bawią się tylko z tymi, które mają podobny kolor skóry. Gdzieś, czyli najprawdopodobniej w domu, musiały mieć to jakoś wdrukowane. Tylko co w związku z tym należałoby zrobić? Rzucić komuś oskarżenie (i poczuć się z tym świetnie) jest bardzo łatwo. A mnie byłoby szczególnie łatwo, bo nie dość, że kolorów skóry (bez zastanowienia się nad tym) nie widzę, to jeszcze problemy z dziećmi, przedszkolami i tym podobnymi sprawami są mi obce. Może gdyby to chodziło o dobre samopoczucie mojego dziecka, reagowałabym inaczej?

A swoją drogą, czy nie zbyt życzeniowym jest myślenie, że gdy mała Serbka pochodzi sobie do „białego” przedszkola, to na pewno będzie tam miała znakomity kontakt z innymi dziećmi i na pewno znajdzie cudownych przyjaciół?

„Wiara nie pozwala człowiekowi traktować siebie w taki sposób…”

Zakonnik, jezuita. I mówi z sensem :-) . Z paroma rzeczami nie zgodziłabym się, parę rzeczy sformułowałabym inaczej – na przykład to, że niekoniecznie pragnieniem każdej kobiety jest macierzyństwo – ale generalnie nie jest źle.

[…] Bywa że kobieta wchodząc w relację z mężczyzną zatraca się, przestaje już być sobą, a staje się wyłącznie żoną lub wyłącznie matką. Gdy taka kobieta zostanie kiedyś sama, wpadnie w rozpacz. […] Doradzam im wtedy: zadbaj o siebie, zatroszcz się o swoje życie duchowe, wypoczynek, dokształcenie intelektualne. Dla wielu jest to trudne. Całe ich dotychczasowe życie było nastawione na jedno: na zaspokojenie potrzeb męża i dzieci. Tylko kobieta, która czuje się wolna i samodzielna, może być dobrą żoną i dobrą matką. […]

[…] Dlatego też studia, zainteresowania intelektualne, zaangażowanie społeczne, a nade wszystko głębokie życie duchowe i moralne są tak istotne dla tożsamości kobiety. Wiele kobiet poświęca się w życiu małżeńskim i rodzinnym, są bardzo ofiarne, oddane mężowi i dzieciom i nie czują się  sfrustrowane, ale dlatego, że rodzina nie jest ich jedynym i ostatecznym sensem życia. Człowiek nie może tak oddać się drugiemu, choćby mężowi i dzieciom, jak oddaje się Bogu.

W duszpasterstwie rodzin brakuje nam biblijnej antropologii. Jezus nie daje własnej koncepcji relacji kobiety i mężczyzny, ale każe wrócić „do początku”. A tam jest napisane, że Adam i Ewa są sobie równi i są wobec siebie wolni. Ewa nie jest niewolnicą Adama. Gdyby była, jak mogłaby realizować przykazanie: Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił (Pwt 6, 5). Ono i do niej się odnosi.[…]

[…] Kobieta winna sobie powiedzieć: „On odejdzie, ono odejdzie, ja będę żyła”. Taka postawa daje jej wewnętrzną moc. Gdy mąż usiłuje stosować wobec niej przemoc, powie mu wprost: „Nie jesteś moim bogiem. Nie pozwolę krzywdzić siebie, dzieci”. Jeżeli ksiądz ma niedojrzały stosunek do kobiet, to wmawia im, że powinny ulegać, „przebaczyć”, poddać się itp., podczas gdy powinien je zachęcić, by domagały się szacunku dla siebie i dzieci, zatroszczyły się o swoją kobiecość, zbudowały głębokie życie duchowe. To winno być jasno powiedziane.

Skrajne feministki mówią, że celem życia kobiety nie mogą być „gary”. I mają rację. Popełniają jednak błąd, bo w miejsce „garów kuchennych” proponują inne „gary” – robienie kariery zawodowej. I to jest nieludzkie. Kobieta pragnie mieć dom, być żoną i matką. Jest to jej głębokie pragnienie. Widzę nieraz, jak cierpią kobiety po trzydziestce, które nie wierzą już w możliwość zawarcia małżeństwa. Lansowanie jednak tezy, że kobieta bez mężczyzny w życiu sobie nie poradzi, jest przejawem męskiego szowinizmu, któremu ulegają niekiedy i księża.[…]

Kobiety […] Za odrobinę uczucia, „przygarnięcia” emocjonalnego, gotowe są sprzedać swoją duszę, wyrzec się swojej godności, szacunku do siebie, przyjąć postawę niewolnicy. Grzech przeciwko prawdziwej miłości siebie jest równie ciężki jak grzech przeciwko miłości bliźniego. Pewne kobiety pozwalają się poniżać ojcom, mężom, synom, kochankom, łudząc się, że w ten sposób zyskają ich uczucie. To błąd. Wiara nie pozwala człowiekowi traktować siebie w taki sposób.[…]

Całość tutaj.

Niemożliwe, ale śmieszne?

Pisałam kiedyś, że Amerykanie lekką rączką wydali miliony dolarów na propagowanie czystości przedmałżeńskiej, śluby czystości nastolatków i takie tam. Lekką rączką i w dodatku bez sensu, bo okazało się potem, że programy te nic nie dają, a nawet działają odwrotnie do zamierzeń. Niektórym to jednak nie przeszkadza. Teraz pieniądze będą marnowane w Polsce, w łódzkim magistracie. Widocznie jest tych pieniędzy za dużo.

[…] W ośrodku wydziału edukacji Urzędu Miasta Łodzi trwa szkolenie młodzieżowych liderów, którzy po wakacjach mają w swoich szkołach zakładać kluby abstynenckie. Nauczycieli przeszkolono już wcześniej. Trenerzy przyjechali z USA, ze stanu Luizjana, gdzie w latach 90. powstał program. […]

A jak fajnie i inteligentnie uczą się ci uczniowie. Kiła i samogwałt razem z hazardem i gumkami – niezwykle holistyczne podejście.

[…] Narkotyki, alkohol, prezerwatywy – dasz się skusić?”, „Wolny seks, papierosy, narkotyki” – głosi napis na drogowskazie z informacją „Śmierć 1 km”. Uczniowie pracowicie wymalowują hasła na wymyślonych przez siebie plakatach. W czarnym labiryncie wypisują zagrożenia: dragi, hazard, antykoncepcja, rozpusta, kiła, samogwałt.[…]

Przyznać należy organizatorom, że mówią sporo o chorobach przenoszonych drogą płciową. Oraz o asertywności w podejściu do własnego ciała i decyzji o współżyciu seksualnym. Chwała im za to, choć straszeniem jeszcze nikt nie odniósł tak naprawdę sukcesu. Zwłaszcza rozmawiając z młodzieżą. Niestety jednak:

[…] O szczepionce przeciw HPV się nie mówi, bo – jak deklaruje Ewa West – omawia się tylko środki całkowicie pewne, a prawdziwą pewność daje wyłącznie seksualna abstynencja aż do ślubu, a po ślubie małżeńska wierność.[…]

No jasne. To w ogóle właściwie o niczym nie powinno się mówić, bo nic nie jest stuprocentowo pewne. No, poza śmiercią oczywiście.

[…] Program luizjański to rzecz z nieco innej bajki. Po pierwsze, jest to program edukacyjny, a nie trend popkulturowy, a po drugie, promocja dziewictwa nie jest w nim motywowana względami religijnymi, ale zdrowotnymi. Przynaj-mniej teoretycznie, bo w programie kursu szkolenia nauczycieli jednym z pierwszych punktów, zaraz po rozpakowaniu bagaży, była msza święta.

Niemożliwe. Jakie tam względy religijne.

– To był mój pomysł – przyznaje Ewa West. – Szukamy wsparcia we wszystkich grupach społecznych, a Kościół katolicki jest przecież taką grupą. Wolałaby, żeby było to nabożeństwo ekumeniczne,

Niemożliwe.

bo – jak mówi – ekumenizm to jej pasja, ale nie było takiej potrzeby.

Niemożliwe. No skąd.

Uczestnicy okazali się zdeklarowanymi katolikami.

Niemożliwe. Względy religijne, phi.

Na mszę poszli wszyscy.[…]

Kiedy czytam takie teksty, zawsze kojarzy mi się ten obrazek z „Tytusa, Romka i A’Tomka”:

smieszne

A potem coraz częściej dochodzę do wniosku, że niektóre rzeczy robią się coraz bardziej możliwe – im głupsze, tym bardziej – za to zaskakująco jakoś śmieszne inaczej. Zwłaszcza te głupsze.

UPDATE z 2 lutego 2010r.: Właśnie ukazało się nowe badanie, pokazujące, że trochę te programy abstynencyjne jednak działają. Pisze o tym Washington Post (a tłumaczy Gazeta Wyborcza), a przede wszystkim ta praca. Krytycy zauważają, że to „nowe” badanie nieco różniło się od programów, które proponowano za Busha. Z tym z kolei nie zgadzają się zwolennicy tych „starych” programów. Wynika z tego wszystkiego chyba jednak, że ideologia to trochę za mało, trzeba młodzież potraktować poważnie i przemówić do rozsądku. Tak czy inaczej – jedno badanie to mało, ale jeśli to działa, dlaczego nie dodać nowych elementów do tego, co jest? Jeśli to ma zmiejszyć liczbę niechcianych ciąż u nastolatek, to tylko należy się cieszyć. Dyskusje trwają.

Może i za późno, ale lepiej późno niż wcale

[…] Turing was a quite brilliant mathematician, most famous for his work on breaking the German Enigma codes. It is no exaggeration to say that, without his outstanding contribution, the history of World War Two could well have been very different. He truly was one of those individuals we can point to whose unique contribution helped to turn the tide of war. The debt of gratitude he is owed makes it all the more horrifying, therefore, that he was treated so inhumanely. In 1952, he was convicted of ‘gross indecency’ – in effect, tried for being gay. His sentence – and he was faced with the miserable choice of this or prison – was chemical castration by a series of injections of female hormones. He took his own life just two years later.

Thousands of people have come together to demand justice for Alan Turing and recognition of the appalling way he was treated. While Turing was dealt with under the law of the time and we can’t put the clock back, his treatment was of course utterly unfair and I am pleased to have the chance to say how deeply sorry I and we all are for what happened to him. Alan and the many thousands of other gay men who were convicted as he was convicted under homophobic laws were treated terribly. Over the years millions more lived in fear of conviction.[…]

[…] But even more than that, Alan deserves recognition for his contribution to humankind. For those of us born after 1945, into a Europe which is united, democratic and at peace, it is hard to imagine that our continent was once the theatre of mankind’s darkest hour. It is difficult to believe that in living memory, people could become so consumed by hate – by anti-Semitism, by homophobia, by xenophobia and other murderous prejudices – that the gas chambers and crematoria became a piece of the European landscape as surely as the galleries and universities and concert halls which had marked out the European civilisation for hundreds of years. It is thanks to men and women who were totally committed to fighting fascism, people like Alan Turing, that the horrors of the Holocaust and of total war are part of Europe’s history and not Europe’s present.

So on behalf of the British government, and all those who live freely thanks to Alan’s work I am very proud to say: we’re sorry, you deserved so much better.

Gordon Brown […]