Miesiąc: Grudzień 2008

2008

To nie był taki zły rok. Dla mnie przynajmniej. Fakt, parę rzeczy mi nie wyszło. Szczególnie jedna, która się ciągnie i ciągnie. Ale może jeszcze się jakoś ułoży. Poza tym, to nie jest żadna tragedia i, skoro tak ma być, to niech będzie. Zdrowie OK, choć mogłoby być lepiej, ale jeszcze nie umieram :-P . Mógłby też ten rok zakończyć się weselej w pracy, bo tak jak niemal przez całe długie miesiące było naprawdę super, to pod koniec roku nastroje trochę siadły. Głównie chyba ze względu na kryzys, ale nie tylko. Sporą winę tu ponoszą dwaj panowie, jeden profesor i jeden wannabe profesor – dwaj chyba najwięksi histerycy, plotkarze i manipulatorzy, jakich miałam nieprzyjemność oglądać w pracy. Może uda się ich jakoś spacyfikować w przyszłym roku, a może sami się opanują.

Poza tym wszystko szło całkiem nieźle, dzięki zwłaszcza najlepszemu przyjacielowi na świecie, czyli Ż. – mojemu mężowi. Niewiarygodne, jak człowiek może być dobry dla drugiego człowieka. Dzięki niemu wszystko jest łatwiejsze. A ponieważ z roku na rok Ż. jest coraz lepszy – pod każdym względem :-) – to w 2008 był po prostu najlepszy. I chyba, jak rozumiem, dopiero się rozkręca ;-) . 

Dobrze nam się żyło w tym roku w Stanach. Fajne były i są drobiazgi, jak mieszkanie akurat w tym miejscu, gdzie jest cisza i spokój (poza sąsiadami co jakiś czas…), powietrze jest bardzo czyste, gdzie nocami niebo jest usiane gwiazdami  i gdzie jelenie mają zwyczaj podchodzić pod balkon. Pod wieloma względami było tu łatwiej, bezpieczniej i sympatyczniej niż w Polsce. Fajna była w tym roku dobra i ciekawa praca, z sukcesami, ale i z coraz lepszymi kontaktami z interesującymi ludźmi z różnych krajów. Nigdy sobie nie wyobrażałam, że będę się wygłupiać i plotkować oraz narzekać w obcym języku. Że mimo sporych różnic będziemy się nieźle rozumieć. Że nawet dzięki głupim prezentom gwiazdkowym będę miała okazję przekonać się, że jesteśmy sobie jakoś bliscy.

I dobre było to, co przeczytałam w tym roku (zwłaszcza to wstrząsające małe coś, co miało tak nieoczekiwanie duży wpływ na moje życie), ciekawe filmy i cudowna muzyka, której słuchałam. Oraz wszystkie nowe miejsca, które miałam przyjemność zobaczyć.

Wszystkim życzę spełnienia marzeń – własnych, a nie cudzych oczekiwań – i żeby ten Nowy Rok był możliwie jak najlepszy.

Wątpliwy humor

Jak słusznie stwierdziła Milva: […] Mądrze zaczynają, a zawżdy na dupie kończą![…]*. Coraz weselej w naszym miłym kraju, aż serce roście, kiedy czyta się te doniesienia z Polski. Ale w końcu i biskup może mówić, co mu ślina na język przyniesie, przynajmniej szczerze wyznaje, co najbardziej zaprząta jego umysł. Tak naprawdę z ciekawością przeczytałam tylko tę część (bo całość ogólnie jest mocno powtarzalna i nudna): […] Jeszcze inną przyczyną problemów związanych z płodnością jest późne podejmowanie decyzji o poczęciu dziecka. Coraz częściej zapada ona po trzydziestce, kiedy kobieta jest już mniej płodna – podkreślił abp Hoser. Zdaniem duchownego ograniczenie tych zjawisk [fakt, nie tylko powyższego] ma kluczowe znaczenie dla zapobiegania niepłodności.[…] Proponowałabym przymusowe zapładnianie kobiet w wielku od 18 do 20 lat, proszę księdza. Jakieś fajne gwałty? Byłyby z tego same korzyści: więcej dzieci, zwłaszcza poczętych w prawidłowy sposób, wyż demograficzny, więc miałby kto pracować na ewentualne emerytury, wreszcie, jak sądzę, przyjemność tych, którzy gwałty te uskutecznialiby. A ci, na których by się je uskuteczniało? Nie, nikt nie będzie przejmował się ich przyjemnością, uczuciami, planami życiowymi czy zdrowiem. Bo […] przecie i tak wszystkie te mądrości koło tego się kręcą, co u baby pod kiecką.[…]* Tylko to się liczy, co pod spódniczkami, a nie to, co w kobiecych głowach.

Trudno o dobry humor, kiedy czyta się takie sympatyczne wypowiedzi hierarchy Kościoła. W kwestii poprawy humoru jednak (choć jest to, niestety, śmiech przez łzy ;-) ) liczyć można na Hannę Gronkiewicz-Waltz, ratusz i ZDM[…] Zdajemy sobie sprawę, że to może wywoływać uśmiechy i część ludzi nie będzie w to wierzyć – przyznaje Adam Sobieraj, rzecznik ZDM. – Dlatego nie robiliśmy rozgłosu w tej sprawie – dodaje. Twierdzi jednak, że radiestezja to poważny fach. – Sąd Najwyższy w 1985 r. uznał radiestetę jako biegłego w jednej ze spraw. Jest traktowany jako rzemieślnik i wpisany na listę zawodów przez ministra pracy – podkreśla. Czy są jakieś badania naukowe, które potwierdzałyby skuteczność tej metody? – Najlepszym potwierdzeniem są wyniki statystyczne. Po zainstalowaniu odpromiennika wypadków nie ma – odpowiada rzecznik ZDM.[…] […] Ale Hanna Gronkiewicz-Waltz pisze do radnego Maciejowskiego, że metodę uwiarygadnia literatura fachowa. Powołuje się na wydaną przez Krajową Radę Związku Działkowców książkę pt. „Radiestezja dla każdego”.[…] :-) […] „Do Zarządu Dróg Miejskich zgłosił się pan Lucjan Margol, radiesteta, który zaoferował nieodpłatnie zbadanie miejsca o dużym zagrożeniu, a następnie jego zabezpieczenie przed tzw. obciążeniami geopatycznymi” – pisze prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz (PO). I szczegółowo wyjaśnia, że „radiestezja, czyli odczuwanie promieniowania, pochodzi z połączenia dwóch wyrazów z języka greckiego: radia, czyli promień i aisthezis, czyli odczuwanie”. A radiesteta to „człowiek, który własnym zmysłem i za pomocą swoich przyrządów wychwytuje promieniowanie badanych ciał i przedmiotów”. […] Umarłam :-) . Koniecznie trzeba by wymyslić coś równie fajnego i zgłosić się do warszawskich drogowców. Tylko policzyć sobie trochę lepiej, niz pan radiesteta :-P . 

A swoją drogą dziennikarze Gazety, którzy tak nabijają się z innych (choć wiadomość powyższa świeżą zgoła nie jest) mogliby również pomyśleć o pisanych przez siebie głupotach. I ewentualnie je poprawić. Wiem, że to nie to samo, co natchnione i oburzone piętnowanie naznaczonych ciemnotą decyzji ważnych urzędników, ale kiedy czytam: […]  Chemik Thomas Williams, spiesząc z pomocą swej siostrze Mabell (chciała oczarować ukochanego związanego z inną kobietą), z tlenku węgla i wazeliny ukręcił dla niej w 1913 roku tusz do rzęs w płynie.[…] to owszem, też się uśmiecham, ale raczej z niedowierzaniem. Wolałabym mimo wszystko, żeby Gazeta poprawiała mi humor innymi sposobami.

(* A. Sapkowski „Chrzest ognia”)

… i po Świętach

Święta minęły, szybko, jak to Święta mają w zwyczaju. To już były czwarte nasze Święta spędzane w taki sposób, tylko we dwójkę. Było nam bardzo, bardzo miło i dobrze. I spokojnie, choć ich tzw. duchowy wymiar podkręcały nam kolędy i piosenki świąteczne z We Wish You a Metal Xmas…and a Headbanging New Year. Ż. nie protestował za bardzo ;-) .
Najzabawniejszym aspektem takich Świąt, obchodzonych w obcym kraju, z dala od rodziny, jest kontakt z tą właśnie rodziną. Swoją drogą, jestem na tyle starej daty :-) , że ciągle zachwycam się takimi wynalazkami, jak skype, dzięki którym mogę pogadać z bliskimi (a jednocześnie dalekimi), widząc ich w dodatku. W Wigilię więc wyrwani zostaliśmy z naszych leniwych wypatrywań pierwszej gwiazdki i wciągnięci w rozbuchany rodzinny chaos pod tytułem: wszyscy gadają jednocześnie, nikt nikogo nie słucha, nikt nie czeka na twoją odpowiedź, tylko wymyśla ją sam, ktoś próbuje wciągnąć cię w swoje gierki, ktoś inny wmawia ci coś, co wmawia od lat (albo zgoła coś innego), jest dużo hałasu, dużo radości, dowcipy i przekomarzania rozumiane tylko w rodzinnym gronie… Troszkę się odzwyczailiśmy od tego skondensowanego rodzinnego żywiołu (bo na codzień rozmawia się jednak spokojniej) i tego wszystkiego nam brakowało, zaiste :-) .
Poza tym, nawiązując do niedawnej notki, jeśli ktoś chciał Święta te przeżyć religijnie, to mógł jak najbardziej – msza bożonarodzeniowa była jedną z najradośniejszych, jakie kiedykolwiek widziałam (może, między innymi, ze względu na brak in vitro wyskakującego z każdego kąta), choć choinki w kościele rzeczywiście były sztuczne. Za to szopka, których nie ma, jak wiadomo, w amerykańskich kościołach, była obecna. Najbliższe centrum handlowe było zamknięte w Christmas Day, jak wiele zresztą innych sklepów, wiatr tylko hulał na niespotykanie pustych parkingach. Pogoda nie dopisała (albo dopisała, zależy jak na to spojrzeć), śniegu nie było, za to zrobiło się wiosennie ciepło – temperatura doszła do 21 stopni. Klimat tutejszy jest zupełnie bez sensu ;-) .
Przyznać jednak muszę, że mimo braku rodziny i śniegu, czujemy się niemal jak w Polsce ;-) . Po pierwsze ze względu na potwornie długi urlop, bo wolne w pracy mamy od 24 grudnia aż do 5 stycznia – coś zupełnie niewiarygodnego w Stanach :-) . Co prawda, mój szef nie omieszkał przysłać mi mailem jakiegoś szalenie ważnego artykułu o jakimś szalenie ważnym białku, który to artykuł koniecznie muszę przeczytać (już lecę, mało nóg nie połamię); ale to tylko mój szef – pracoholik :-) . A po drugie, w telewizji lecą nieustannie same świąteczne hity, z Kevinem, co to jest sam w domu, na czele :-P .

Zimno

Zima przyszła. Znaczy, jeszcze nie przyszła, bo nie ma śniegu. Nie ma śniegu, nie zapowiadają się śnieżne Święta, a co to za zima bez śniegu, do niczego ten Waszyngton :-) . W każdym razie człowiek się rozbisurmanił tym ciepłym klimatem tutejszym i, wstyd się przyznać, marznie przy 5 stopniach mrozu. A pamiętam, jak parę zim temu, w Warszawie, jechałam na egzamin, sama, bo Ż. nie było i nie mógł mnie zawieźć. Chciałam wezwać taksówkę, ale się nie dało, bo wszyscy wtedy wzywali. Było minus 27 stopni. A tu 5 stopni i od razu się nie chce wychylać nosa z domu. Za to zima nie zaskoczyła drogowców, bo chroniąc jezdnie przed lodem i śniegiem (że śniegu nikt na oczy nie widział, to nieważne), bez opamiętania posypali je solą. Dzięki temu wszystkie samochody wyglądały dzisiaj podobnie – jak brudnobiałe bałwany ;-) . Czyli zima jednak przyszła :-) .

RAF

Chciałabym obejrzeć nowy film o RAF, który, jak widzę, jest sporą sensacją w Niemczech. Obawiam się tylko, że nie nastąpi to jednak zbyt szybko w Stanach, ale trudno, poczekać sobie mogę. Porównałbym go do innego filmu o pierwszych przywódcach Rote Armee Fraktion, starego, z 1986 roku, nakręconego zresztą również na podstawie książki Stefana Austa. Zaskakuje mnie zresztą, że w tak w sumie niezłym i szerokim opracowaniu w Gazecie nie ma o nim wzmianki. Tymczasem Stammheim, bo o tym filmie mówię, (obejrzałam go zresztą tylko raz, wiele lat temu, kiedy byłam jeszcze młoda :-) )  zrobił na mnie niesamowite wrażenie, tak duże, że do dziś wrażenie to pamiętam, kiedy wiele szczegółów zapewne mi uleciało. Nie lała się w nim strumieniami krew ani trup nie słał się gęsto, natomiast pokazany został w nim sam proces czwórki przywódców pierwszego pokolenia RAF, Andreasa Baadera, Ulrike Meinhof, Gudrun Ensslin i Jana-Carla Raspe w więzieniu Stammheim w Stuttgarcie. Cała akcja filmu zawiera się więc w słowach, w rozmowach, w pytaniach i odpowiedziach, w intelektualnej walce między przedstawicielami państwa i prawa a terrorystami. Przywódcy RAF wykorzystują ten proces do przedstawienia swoich racji i robią to szalenie przekonująco, czy raczej film robi to szalenie przekonująco. Pamiętam, że wówczas, jako kilkunastoletnia pewnie dziewczynka, byłam tym wszystkim wstrząśnięta, choć manipulacje udało mi się (taką mam nadzieję) całkiem nieźle wyłapać. Nic dziwnego jednak, że byłam poruszona. Młodość, bunt przeciw establishmentowi, ideały, romantyzm, te sprawy :-) . Horror, jak się to teraz czyta, ale tak było. I jak widać z artykułu w Gazecie, całkiem sporo osób, także dorosłych, należących do elity społeczeństwa niemieckiego, zostało nie tylko poruszonych, ale i przekonanych. Nie bez przyczyny zresztą pisze się i dzisiaj o legendarnych przywódcach, o mitologii, o romantyczności i mistycyzmie w kontekście RAF. I myślę, że Stammheim znacznie lepiej (choć w kwestii nowego filmu Kompleks Baader-Meinhof opieram się wyłącznie na opinii innych) odpowiadał na pytanie, dlaczego i skąd się wzięła Frakcja Czerwonej Armii i skąd fascynacjia, jaką RAF do dzisiaj budzi u młodych ludzi.  Albo może raczej: oba filmy, tak się różniące, razem, mogłyby odpowiedzieć na te pytania. W dodatku […] bez nadmiernej wyrozumiałości dla jej (RAF) godnych potępienia czynów […], co można, o ile pamiętam, zarzucić Stammheim.
A poza wszystkim, Stammheim to naprawdę był kawał niezłego kina. Niezbyt nowoczesnego, zapewne, bez strzelanin i naturalistycznie pokazanego rozlewu krwi. Za to znakomitego psychologicznie, wymagającego, wyczerpującego psychicznie i kontrowersyjnego. (Warto wspomnieć, że film zdobył Złotego Niedźwiedzia w Berlinie, ale jury było podzielone i nagroda spotkała się z protestami.)

Myśli w czasie przekazywania znaku pokoju

Nie chce mi się komentować całego wywiadu z Szymonem Hołownią. Zauważyłam oczywiście komentarze na forum, że katolik, a jaki normalny. Tyle, że facet nie mówi tak naprawdę o poważnych sprawach, tylko raczej o Kościele katolickim w czasach popkultury. No, ale takie dostał pytania i taki był zapewne cel wywiadu. Nie umiem jednak nie zauważyć skrywanej, ale obecnej (cholera, człowiek jest stanowczo za bardzo wyczulony) pogardy dla kobiet. Może nawet nieświadomej (dodam sprawiedliwie), kto wie? […] Gdy na mszy odwracam się, by przekazać znak pokoju, nigdy nie wiem, na kogo trafię – na Jana Pospieszalskiego, panią z Radia Maryja, byłego sekretarza partii, który ma dziś interes bławatny, czy panią, która nie prowadzi się najlepiej. Kościół nie jest dla tych, którzy nie upadają, tylko dla tych, którzy się chcą z tego syfu podnieść.[…] Mężczyźni z tego przykładu to osoby, które w życiu czegoś dokonały (niezależnie, jak ocenia się np. programy Pospieszalskiego), nawet jak popełniały błędy (ten sekretarz), to teraz są z grubsza szanowanymi członkami społeczeństwa. A kobiety to albo panie od Rydzyka albo dziwki. Te dziwki to pewnie wszystkie młodsze? Jak trzeba mieć skrzywione spojrzenie, żeby tak widzieć kobiety? Czy takie myślenie to wpływ patriarchalnej kultury z jej pogardą dla kobiet, czy, czego się obawiam, także wpływ wychowania pod wpływem pism i słów przedstawicieli duchowieństwa Kościoła? […] Albowiem oko niewiasty porusza i niepokoi naszą duszę, i to nie tylko oko niewiasty rozpustnej, lecz także obyczajnej […]. Gdy kobiety grzeszą, to grzeszą nieobyczajnością czy też nieczystością, to są główne grzechy rodzaju kobiecego, ale nawet jeśli nie grzeszą – to i tak jest w nich coś podejrzanego, co kusi do złego. Czy tego typu nauki są nadal pobierane przez kleryków w seminariach? Może tam Hołownia się na nie załapał? Tyle, że nie chce nie mieć z kobietami nic wspólnego […] Postępujemy z Bożą pomocą tak: z dziewicami nie mieszkamy i nie mamy z nimi nic wspólnego […], […] z kobietami trzeba ostrożnie […], bo to nie byłoby cool, woli je tylko troszkę podeprecjonować. Poza tym, jak w ogóle można tak podchodzić do ludzi, którym przekazuje się znak pokoju? Naprawdę ten facet o czymś takim myśli w takiej chwili? A jeśli tak, to przykłady, które podaje, mówią same za siebie. Mnie nie przyszłoby do głowy, żeby pomyśleć i powiedzieć: o, podczas przekazywania znaku pokoju trafiam na panią dyrektorkę szkoły albo pana, notorycznego gwałciciela własnych dzieci. Ładna mi dostępność Boga w tym Kościele, kiedy syf (albo to, co uznaje się za syf) widzi się tylko w przedstawicielkach płci odmiennej.

Na koniec Hołownia protekcjonalnie mówi do dziennikarek przeprowadzajacych wywiad: […] Drogie panie, spędzimy ze sobą całą wieczność, więc wolę, żebyście się przygotowały.[…] Złośliwie zapytałabym na ich miejscu, drogi panie, czy to jakaś męska logika, bo skoro i tak spędzimy, to po co się specjalnie przygotowywać. A potem odpowiedziałabym, tak jak mówiła jedna moja nauczycielka w liceum: ostatni będą pierwszymi, nie pękaj.

[Cytaty z różnych duchownych Kościoła katolickiego podawane za Utą Ranke-Heinemann „Eunuchy do raju”]

Niezdrowe rodziny

Zawsze wiedziałam, że posiadanie dzieci jest niezdrowe ;-) . Nie mówiąc już o zupełnie niezdrowej klasyce w postaci mieszkania po ślubie z rodzicami czy teściami. W czasopiśmie Heart właśnie ukazała się praca, w której badacze z Japonii pokazują, jaki związek istnieje między występowaniem choroby niedokrwiennej serca (u kobiet zwłaszcza) a życiem w kilkupokoleniowych rodzinach. Wcześniej pojawiały się już artykuły informujące, że życie samotne oznacza na ogół gorszy stan zdrowia w porównaniu z życiem w związku małżeńskim (aczkolwiek wiązano to raczej z występującymi w małżeństwie warunkami prozdrowotnymi, jak zabezpieczenie społeczne i finansowe). W tej nowej pracy autorzy zajęli się nie tylko związkiem małżeńskim, ale też innymi strukturami rodzinnymi.  Porównali oni częstość zapadania na chorobę wieńcową kobiet oraz mężczyzn (w wieku od 40 do 69 lat) z tym, czy osoby te mieszkają wyłącznie ze współmałżonkiem, czy ze współmałżonkiem i dziećmi, czy, wreszcie, ze współmałżonkiem, dziećmi i rodzicami. Okazuje się, że ryzyko wystąpienia choroby niedokrwiennej serca u kobiet żyjących w trzypokoleniowym (rodzice-współmałżonek-dzieci) lub dwupokoleniowym domu (rodzice-współmałżonek) jest dwu-trzykrotnie wyższe niż u kobiet mieszkających wyłącznie z mężem. U tych pań natomiast, które mieszkają z dziećmi i z mężem ryzyko wystąpienia choroby jest ponad dwukrotnie wyższe, niż u bezdzietnych, mieszkających wyłącznie ze współmałżonkiem. Przy okazji stwierdzono także, że kobiety mieszkające w wielopokoleniowych domach są mniej skłonne do palenia i nadużywania alkoholu (to chyba powinno wpływać pozytywnie na ogólny stan zdrowia?) oraz że są bardziej zestresowane, niż te żyjące w układzie ona-współmałżonek. Ogólnie wszystko to razem, łącznie z chorobą wieńcową, wiąże się podobno z wyższym poziomem stresu u pań, które, żyjąc w wielopokoleniowych domach, chcą się sprawdzić we wszystkich rolach. I ciekawe, że podobnych korelacji, tych ze stresem, piciem czy chorobą niedokrwienną a mieszkaniem w wielopokoleniowych rodzinach nie zaobserwowano u mężczyzn. Babki zdecydowanie powinny nauczyć się od niektórych facetów jednego: nieprzejmowania się wszystkim i wszystkimi :-) .

Święta w Stanach a artykuł w „Niedzieli”

Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia i tradycyjnie pojawiają się też informacje na temat, jak to straszliwa komercjalizacja, rodem oczywiście z tych szatańskich Stanów Zjednoczonych, psuje nasze piękne polskie i katolickie tradycje. O tym także mówi świeży artykuł, opublikowany w Niedzieli, a zawierający taką liczbę stereotypów, nudnych i płaskich w dodatku, i tyle narzekania podszytego wyższością, że nie mogłam sobie darować, żeby się po nim nie przejechać. I zastanawiałam się cały czas, czy ludzie piszący takie dyrdymały to byli w ogóle w Stanach, czy wiedzę o nich czerpią wyłącznie z filmów i reklam.

Pani autorka pisze: […] Pojawiają się na sklepowych wystawach choinki, mikołaje, sztuczny śnieg, a wewnątrz anielice sprzedają wigilijne opłatki, z głośników płyną kolędy i co krok napotkać można promocje świąteczne, zachęcające do zakupów. Czy nie jest tak, że zapominamy, jaka jest istota świąt Bożego Narodzenia? A może nie tyle zapominamy, co zwyczajnie odchodzimy od ich tradycyjnego wymiaru, który czyni je przecież tak wyjątkowymi…[…] Dlaczego zapominamy, dlaczego odchodzimy? O ile wiem, w Polsce nie mieszkają wyłącznie katolicy, są wyznawcy innych religii, nie tylko chrześcijańskich, są ateiści – wszyscy oni obchodzą Święta tak, jak uważają. Jeśli natomiast katolicy zapominają, to cóż, pretensje powinni kierować chyba do siebie samych. Może księża na kazaniach powinni tłumaczyć, kim był św. Mikołaj, może na religii, może katoliccy rodzice swoim dzieciom? Dlaczego ma to robić akurat Ameryka?

[…] Takie zeświecczenie napłynęło do nas ze Stanów Zjednoczonych – podobnie jak wiele innych zwyczajów. Na oślep podążamy za amerykańską modą, choć USA jest krajem dalekim od ideału. Zróżnicowanie klasowe, rasowe i religijne sprawiło, że Boże Narodzenie nabrało tam nieco innego charakteru.[…] Nie sądzę, że ludzie zwykli uważać, że USA są krajem idealnym. Po prostu pewne przejawy komercjalizacji im się podobają. Jednakowoż, chyba nie ma przymusu, żeby je wprowadzać w swoim domu? A, i to zróżnicowanie, zwłaszcza rasowe, ma na pewno wielki wpływ na oprawę Świąt w Stanach. Ja rozumiem, że jeśli całe życie widuje się wyłącznie białych ludzi w kościele, to szokiem może być zobaczenie czarnych czy żółtych. Nie trzeba się ich jednak bać :-) .

[…] Walentynki, Halloween czy chociażby Wedding Planner to przykłady tego, jak sami amerykanizujemy polskie tradycje, które przez to zanikają.[…] Eee, jakaż to polska tradycja została zamerykanizowana przez Wedding Planner?

 […] Dobrze by jednak było, gdyby nasze pociechy miały świadomość, że św. Mikołaj nie jest postacią fikcyjną, a tzw. mikołajki obchodzi się 6 grudnia – w rocznicę śmierci Biskupa. Tylko media katolickie dostarczają prawdziwych informacji o św. Mikołaju, jednak ilu rodziców sięgnie po nie?[…] No właśnie, rodzice, jeśli chcą wychowywać dzieci w wierze katolickiej, powinni to robić, a nie oglądać się na USA. Swoją drogą, jeśli ta wiara jest silna, to ani Dziadek Mróz ani Santa Claus nie powinni jej zaszkodzić. Na marginesie: katolickie medium Gazeta.pl Turystyka napisała co nieco o prawdziwym św. Mikołaju.

[…] Ameryka Boże Narodzenie świętuje w sposób świecki, bo dla Amerykanów to zwyczajne święto rodzinne. Niewielkie jest tam odniesienie do Chrystusa. Ma to związek z wymieszaniem na tym kontynencie ras i religii. Wszak tylko 30 procent tamtejszej ludności to katolicy. Zdecydowaną większość stanowią wyznawcy religii niechrześcijańskich oraz protestanci wszelkich odłamów, którzy nie obchodzą tych Świąt w takim wymiarze jak katolicy. Ale nawet u chrześcijan duchowo-religijny charakter Bożego Narodzenia jest wypierany stopniowo, lecz skutecznie, przez ten komercyjny.[…] Ten fragment aż kapie od uprzedzeń. Po pierwsze, Ameryka nie jest jednością, inaczej jest w różnych częściach, w różnych stanach. Po drugie, kto świętuje na sposób świecki, ten świętuje. Pewnie robią tak nie-katolicy, czy w ogóle nie-chrześcijanie. W sumie, dlaczego np. buddyści mieliby obchodzić te Święta nie wyłącznie jako rodzinne, jeśli w ogóle? Do Chrystusa odnoszą je ci, którzy w Niego wierzą. I uświadomiłabym pani autorce, że 30% katolików to nie jest tak mało. Wikipedia podaje, że katolicy stanowią najliczniejsze wyznanie wśród chrześcijańskich w Stanach, a w sumie jest ich ponad 57 milionów – to naprawdę jest więcej niż w naszym pięknym kraju. Po trzecie, jeśli protestanci obchodzą Święta w innym wymiarze, niż katolicy, to nie znaczy, że wymiar ten jest gorszy. A komercjalizacja – się powtórzę, że jeśli dla kogoś ważne jest, że narodził się Chrystus, to tego nie wyprą ani kiczowate ozdoby świąteczne, ani disneyowskie renifery, ani Jingle Bells w sklepach. I po czwarte, żenujące są te uwagi o rasach.

[…] W końcu dochodzimy do wniosku, że jest już za późno, że już nie warto iść do spowiedzi.[…] Każdy podejmuje decyzje indywidualnie. Nie ma obowiązku spowiedzi w czasie Bożego Narodzenia, drugie i trzecie przykazania kościelne mówią: Przynajmniej raz w roku przystąpić do sakramentu pokuty oraz Przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym, przyjąć Komunię Świętą.

[…] Amerykańskie święta trwają krócej niż polskie. Polacy obchodzą uroczystą Wigilię, Boże Narodzenie oraz święto św. Szczepana, pierwszego męczennika. Amerykanie świętują tylko 25 grudnia, a już następnego dnia tłumy pojawiają się w marketach, aby zwrócić nietrafione prezenty. Zresztą w dobie nasilającego się kryzysu już nawet w Boże Narodzenie niektóre markety są tam otwarte.[…] Z kościelnego punktu widzenia, i Polacy i Amerykanie (a dokładniej katolicy w tych krajach) obchodzą Święto Bożego Narodzenia 25 grudnia. Wigilia w Polsce jest świętem typowo rodzinnym (a nie kościelnym i nie ma tego dnia obowiązku uczęszczania do kościoła), ponadto nie jest to dzień wolny od pracy. Tymczasem w Stanach bywa, ja np. mam tego dnia wolne. Św. Szczepana jest owszem dniem wolnym w Polsce, ale nie jest tzw. świętem nakazanym, wiec również nie ma obowiązku świętowania go w kościele. W Stanach jest to dzień pracy (choć akurat w tym roku rektor uniwersytetu zrobił nam niespodziankę i dał dzień wolny 26 grudnia, dlatego tylko jednak, że jest to piątek. Czujemy się niemal jak w Polsce z tym długim weekendem :-) ).
I tak na marginesie, jeśli już licytujemy się, kto jest lepszym katolikiem – w Stanach jest więcej świąt nakazanych niż w Polsce. O jedno wprawdzie, uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najśw. Maryi Panny, ale zawsze. Jak pisali Kardynałowie, Arcybiskupi i Biskupi zgromadzeni na 324. Zebraniu Plenarnym Konferencji Episkopatu Polski w Warszawie w Liście Episkopatu Polski na temat przykazań kościelnych: […] by ze względu na dni robocze świętami nakazanymi nie były w Polsce: uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najśw. Maryi Panny,[…]. No właśnie, w Stanach też to jest dzień roboczy, a katolicy idą do kościoła i nie marudzą. (Tu powinnam też uczciwie dodać, że w USA dwa święta: uroczystość Objawienia Pańskiego i Boże Ciało zostały przeniesione na niedziele, odpowiednio: pierwszą po 1 stycznia i drugą po Zesłaniu Ducha Św. To nie znaczy jednak, że się tych świąt nie obchodzi).
Można by więc dyskutować, gdzie Święta są dłuższe i co to tak naprawdę znaczy. I piszę tu tak dokładnie o tym obowiązku chodzenia do kościoła i świętach nakazanych tylko po to, żeby jakoś dostosować się do tonu komentowanego artykułu, a nie dlatego, że uważam, że wiara to zbiór nakazów i zakazów. Zasady są ważne dla katolików, ale poświętować można tak, jak (w pewnym granicach) każdy uważa za stosowne, np. chodząc do kościoła codziennie. Nawet w USA nie jest to zakazane, a drzwi kościołów nie broni czerwony i okrąglutki Santa.
Co do otwartych sklepów – nie widziałam wszystkich, ale ogólnie większość jest zamknięta 25 grudnia. Kryzys nie ma tu nic do rzeczy. A jeśli coś jest otwarte, to przecież może służyć nie-katolikom i nie-chrześcijanom, prawda? Poza tym, nie ma obowiązku robienia zakupów w Boże Narodzenie, nawet w tak skomercjalizowanym kraju.

[…] Święta w USA są „widoczne”, co wyraża się chociażby w dekorowaniu domów. […] Wygląda to efektownie i nie ma w tym absolutnie nic złego, ale czy jest to naprawdę nieodłączny element Świąt?[…] Nie, nie jest nieodłączny. Dlatego też i nie wszyscy dekorują. Często jednak, co zapewne zaskoczyłoby panią autorkę, dekoracje te zawierają elementy religijne, patrz chociażby moja poprzednia notka i trzecie zdjęcie, teraz dodatkowo zbliżenie:

dscf3539

oraz jeszcze jedno zdjęcie, szopka jest widoczna po lewej:

dscf3542

[…]Jako ciekawostkę warto też wspomnieć, że w kościołach amerykańskich nie znajdziemy szopek ani siana, tak jak u nas. Tylko gdzieniegdzie w USA spotkać można figurki Dzieciątka Jezus, Maryi i Józefa, jakiegoś pastuszka z owieczką, parę choinek. Sztucznych, oczywiście, ponieważ te żywe w opinii firm ubezpieczeniowych stanowią zagrożenie pożarowe.[…] Cóż, tu jako odpowiedź powinnam pokazać zdjęcie jak najbardziej szopki (z sianem) przed kościołem, jak najbardziej amerykańskim:

dscf3463

Zapewniam autorkę artykułu, że szopki są, w kościołach także. W tym kościele, przed którym stała powyższa, była nawet jeszcze jedna w środku. A figurki Świętej Rodziny, jak pokazałam powyżej, można spotkać cześciej, niż tylko gdzieniegdzie (co, jak na nie-katolicki kraj, jest wynikiem całkiem niezłym). Choinki też są, muszę w tym roku dokładniej przypatrzyć się, czy są sztuczne czy prawdziwe. Nawet jednak jeśli są sztuczne, to nic złego (zawsze żal mi tych wszystkich ścinanych drzewek), poza tym, na miejscu autorki, nie nabijałabym się z zagrożenia pożarowego. Ciekawe, czy tak samo myśleli księża pallotyni z parafii pod wezwaniem św. Wincentego Pallottiego w Warszawie: […] 14. stycznia 2007 zapaliła się dekoracja bożonarodzeniowa w kościele. Ogień błyskawicznie przeniósł się na obraz. Pomimo natychmiastowej interwencji zgromadzonych ludzi obraz spłonął całkowicie. Pozostały jedynie nadpalone ramy.[…] Był to obraz Chrystusa Króla, którego namalowanie pallotyni zamówili u Adama Styki przed wybuchem Powstania Warszawskiego. Może więc byłoby dobrze nie tracić dzieł sztuki w kościołach (nie mówiąc o niebezpieczeństwie dla ludzi) tylko dlatego, że ktoś uważa, że zagrożenie pożarowe to tylko jakieś dziwne pomysły firm ubezpieczeniowych.

[…] W polskich marketach kolędy i pastorałki już dawno się zdewaluowały. […] Wnoszą wtedy światowy powiew, no i słowem „Bóg” nie drażnią ucha ateisty czy innowiercy, który jest także klientem sklepu. Z tego też względu stały się piosenkami o śniegu, zimie i mikołaju. […] Czy wobec tego właśnie z przekory w owej zepsutej Ameryce grane są najczęściej kolędy religijne?[…] Tu chyba nieporozumienie polega na tym, że autorka nie odróżnia piosenek świątecznych (Christmas songs) i kolęd (Christmas carols). Te pierwsze są neutralne, mówią o śniegu, spotkaniach, zabawie i puszczane są w sklepach. Te drugie natomiast jak najbardziej zawierają słowo „Bóg” i śpiewane są w różnych miejscach, w kościołach, ale nie tylko. Przykładem może być piękna kolęda O come all ye faithful, ze słowami: O come ye, O come ye to Bethlehem / Come and behold Him/ Born the King of Angels/ O come, let us adore Him/ Christ the Lord, nagrana dwa lata temu przez wyskakujący-teraz-z-każdej-lodówki zespół Twisted Sister (i jest to zdecydowanie najlepsza wersja tej kolędy, jaką słyszałam :-) ).  Nie wspominając już o tegorocznym projekcie We Wish You a Metal Xmas…and a Headbanging New Year, gdzie różne gwiazdy metalowe śpiewają i kolędy, i piosenki bożonarodzeniowe. Warto posłuchać, choćby dla samego Chucka Billy’ego, śpiewającego Silent Night głosem norweskiego wokalisty death-metalowego. Robi wrażenie :-) , choć wolę Chucka śpiewającego nieco inaczej. Przypuszczam jednak, że dla pani autorki wszyscy tacy wykonawcy to jacyś sataniści, bo i włos długi, wzrok dziki, suknia plugawa i te gitary w rękach; i w sumie oni się nie liczą. A że stoi to w sprzeczności z tezą artykułu…

[…] Całej winy za komercjalizację Świąt nie możemy zrzucić na Amerykę, bo w tej kwestii wiele zależy od nas samych. Najważniejsze jest czyste serce, do którego ma przyjść sam Bóg, i nieważne, w jakiej oprawie – amerykańskiej czy polskiej, tradycyjnej.[…] Bardzo łaskawie, szczególnie z tą całą winą. Tak czy inaczej jednak, to chyba jedyny naprawdę rozsądny akapit tego tekstu. Właśnie tak:  najważniejsze, jak sami chcemy te Święta obchodzić. Jeśli mają być religijne, jeśli tak chcemy, to zróbmy tak, a nic nam w tym nie przeszkodzi.