Harry Potter i świńska grypa

Wszystkich fanów Harry’ego Pottera ucieszy zapewne wiadomość, że Rupert Grint - jedyny i doskonały Ron Weasley – właśnie wraca do zdrowia po przechorowaniu świńskiej grypy. Aktor opuścił kilka dni filmowania, ale teraz znów pracuje na planie Harry’ego i Insygniów. Oraz najprawdopodobniej pojawi się na londyńskiej premierze filmu “Harry Potter i Książę Półkrwi.”

Mam przy okazji nadzieję, że gdzieniegdzie podawana informacja, jakoby premiera amerykańska miała odbyć się 17 lipca, jest jednak nieprawdziwa, i że będzie można obejrzeć film aż dwa dni wcześniej. Bo naprawdę nie mam cierpliwości, żeby czekać tak strasznie długo :-)

Dzielna dziewczynka

Oczywiście, stereotypy warto i należy tropić. Ale świat jest ich tak pełen, że nie trzeba chyba uciekać się do manipulacji. Przeczytałam emocjonalny komentarz pani Milewicz na temat uratowanej z katastrofy samolotu dziewczynki. Pomijam już okropny zabieg literacki polegający na przeciwstawieniu dwu sytuacji – jednej realnej, a drugiej ad hoc wymyślonej przez autorkę (w ten sposób to wszystko można udowodnić) oraz brak próby kontrolnej, pomijam też to, że ojciec dziecka był w stanie ogromnego stresu i różne głupoty mu się mogły wyrwać – ale zastanawiam się, skąd pani redaktor wyciągnęła jego słowa. Słowa, które deprecjonują nastolatkę. W załączonym filmiku ojciec wyraźnie cytuje własną córkę, mówiącą mu, że przecież słabo umie pływać, ale dała sobie radę (francuskiego nie znam, więc opieram sie wyłącznie na tym, co mówi tłumacz). Komentarze innych osób są pełne podziwu – że przeżyła tyle godzin, w nocy, w wodzie. A że po tym wszystkim była osłabiona – każdy by był. Każdy, kto wytrzymałby takie coś.

Pierwsza z brzegu prasa natomiast pisze: 

[...] The girl’s father, Kassim Bakari, described his daughter as “fragile” and said she could “barely swim,” but still managed to hang on for hours.[...] Ja tu widzę podziw dla dziecka, które może i jest delikatne (wątłe, słabe) i nienajlepiej pływające, ale poradziło sobie w sposób niewiarygodny.

[...] “It is a true miracle. She is a courageous young girl,” Joyandet said of Bahia, who held onto floating debris from 1:30 a.m to 3 p.m. before she was seen by a passing boat, which rescued her. “She really showed an absolutely incredible physical and moral strength,” he said. “She is physically out of danger, but she is evidently very traumatized.”[...]

Nie wiem, czy to jest uniwersalny sposób mówienia o kobietach. Mam nadzieję, że nie, bo kobiety są różne i nie potrzebują uniwersalnych peanów na swoją cześć. Może też pani Milewicz znalazła gdzieś stereotypowe wypowiedzi na temat ocalałej z katastrofy nastolatki. Ale, jak widać wyżej, nie były one powszechne.

Poza tym – Bahia ma 14, a nie 12 lat. Może to więc nie tyle chęć wkładania kija w mrowisko ze strony pani redaktorki, co raczej nieznajomość obcych języków?

Sexy Little… Chickenfoot

Głupszej nazwy nie dało się wymyślić? (No, może jedna by się znalazła, jak pamiętam z mojego sielskiego dzieciństwa ;-) ).  Autorzy nazwy również przyznają, że pomysł był durny, ale skoro chwycił, to dlaczego nie. Chickenfoot stworzyło czterech panów, znanych doskonale z innych dokonań. Sammy Hagar – wiadomo skąd, Michael Anthony – też stamtąd, wyrzucony z Van Halen, bo Edward musiał synkowi znaleźć zatrudnienie, Chad Smith – ciągle gra gdzie indziej, a Joe Satriani – tu już w ogóle nie ma czego dodawać. Znudzeni/znużeni/rozczarowani poprzednimi dokonaniami/zachęceni wizją zarobienia mnóstwa zielonych (choć nie wiem, czy to ostatnie akurat było czynnikiem decydującym, zwłaszcza w przypadku Hagara, który, zdaje się, śpi na pieniądzach)/a przede wszystkim chyba zachęceni wizją dobrej zabawy postanowili stworzyć supergrupę. I to supergrupę, która, w odróżnieniu od innych supergrup, robi sens.

A sens ten słychać bardzo wyraźnie – Chickenfoot to kawał porządnego, perfekcyjnie zagranego, bardzo amerykańskiego rock’n'rolla, zdrowego, nieskomplikowanego, ale zupełnie nie prymitywnego, harmonijnie łaczącego rozmaite naleciałości: rockowo-bluesowo-presleyowo-ledzeppelinowo-vanhalenowo-satchowo-różne. Zespół powstał sobie jakiś czas temu, a na początku czerwca wydał pierwszą płytę. Na której to słychać, co jest szalenie pociągające, jaką świetną zabawę mieli muzycy przy tworzeniu. Może dlatego, że nie musieli niczego udowadniać – tego, co już osiągnęli nikt im nie zabierze. A teraz chcieli się po prostu pobawić muzyką, przy okazji dostarczając cudnych wrażeń słuchaczom. Mike Anthony wspaniale gra (a nie jest tylko tłem) na basie, razem ze Smithem tworząc niesamowitą, bogatą, pulsującą sekcję rytmiczną. Mogłam mieć pewne wątpliwości co do Chada Smitha, czy on aby na pewno umie grać na perkusji, po tych wszystkich latach smętnego szeleszczącego cykania w Red Hot Chili Peppers – ale ten facet naprawdę wie, do czego służą rockowe bębny. Co do reszty sekcji - Ed będzie jeszcze żałował, że dał robotę Wolfgangowi. Ponadto, pozytywnie zaskoczył mnie również Satriani. Zawsze miałam wrażenie, że on nie potrafi się powstrzymać  przed zagraniem wszystkiego, co mu tam w dutkach gra, a  jego popisy są w gruncie rzeczy pozbawionymi emocji pokazami sprawności palców. A tu niespodzianka – w Chickenfoot bardzo się hamuje. Owszem, gra fantastycznie, bogato, z fantazją i ozdobnikami. Owszem, słychać, jaką przyjemność mu to sprawia. Ale gra tylko to, co trzeba, nie prezentuje bezsensownych fajerwerków swoich ogromych możliwości i umiejętności, a jest po prostu gitarzystą. Genialnym, oczywiście.

No i Hagar, do którego mam wielką słabość od zawsze, tzn. od chwili, kiedy wydzierał się, że nie będzie jeździł autostradami 55 na godzinę :-) . Głos Hagara, który uwielbiam, zaskakująco dobrze oddaje to wszystko, czego oczekiwałam po Chickenfoot - jest w nim fajny, mocny, gitarowy rock’n'roll, doskonała zabawa i humor oraz przede wszystkim – lato. Gorące lato, słońce, bezchmurne niebo, wiatr we włosach – koniecznie ślicznych-seksownych-kręconych-blond :-) , zaraźliwa radość życia, uśmiech, zapach koniczyny i koszonej trawy, dźwięk efemerycznego deszczu - o tak, Sammy Hagar nieoczekiwanie stał się dla mnie zachwycającym uosobieniem tegorocznego lata.

I właśnie na to lato szef kuchni poleca Kurzą Stopę. Pasuje i smakuje doskonale, mniam, mniam.

Jackson – he had magic!

Rock ‘n’ Roll oddaje hołd Jacksonowi.

[...] Cornell, who recorded a cover of “Billie Jean” on his 2007 solo album, “Carry On”, stated the following about Michael Jackson’s passing: “I was on my way from Poland to Berlin following a show. At 1:00 a.m. I got the news and was immediately saddened. I remembered being 6 years old and seeing the JACKSON 5 on our black-and-white TV. His brothers were cool but he had a halo around him. Superstar at 12. What promise. He had magic! It was by chance that I recorded and rearranged his song ‘Billie Jean’ and have been amazed at the response it gets when I perform it every night. He was amazingly talented and largely misunderstood. I hope that the media will be kind and celebrate the genius instead of cashing in on the tabloid angles that made him a prisoner. I think he deserves that.”[...] (wg. niezawodnego BLABBERMOUTH.NET)

A tutaj “Billy Jean”  w wykonaniu Cornella (Peace & Love Festival w Borlänge, w Szwecji, 27 czerwca tego roku) – coś zaskakująco ładnego. Ta wersja bardzo przerasta cornellowskie pierwsze wykonanie czy wersje akustyczne. Widać potrzebował odpowiedniego stanu emocjonalnego, niestety:

http://www.youtube.com/watch?v=e8RuNi5dsrs 

Dodatkowo spodobały mi się te gitarowe wygłupy – Steve Vai i Andy Timmons grają “Beat It” na Meinl Guitar Festival 2009, w Gutenstetten w Niemczech, też 27 czerwca. Ed niech się schowa ;-)

http://www.youtube.com/watch?v=53b4ArjE5tI

Jackson zbliża ludzi

Rozmawiamy w pracy o Michaelu Jacksonie. H. opowiada, co działo się w Chinach te wiele lat temu, kiedy kraj ten otworzył się na Zachód – ludzie kompletnie oszaleli na punkcie Jacksona. A. twierdzi, że identyczne szaleństwo zapanowało w Indiach. H. dodaje, że gdzieś tam w Szanghaju, w domu jego rodziców, poniewiera się czarny analogowy krążek “Bad”. Radzimy mu napisać do ojca, żeby ten przypadkiem nie wyrzucał takiego skarbu. A zwłaszcza nie sprzedawał go teraz.  Gadamy o muzyce, tańcu, biografii, rodzicach i rodzeństwie Michaela, o jego skórze – H., nasz samozwańczy specjalista od melanocytów, mądrzy się na temat wybielania, – a także o dzieciach Jacksona, operacjach i długach.

Mówimy o współpracy z McCartneyem, zaskakuje mnie i jakoś wzrusza, że H. pamięta o “Say, say, say”.

A. pyta: ” To Michael Jackson grał w The Beatles?” 

 

Przydałoby się coś jakby eulogy na cześć Jacksona, ale nie umiem… Mam wrażenie jednak, że świat będzie smutniejszy bez niego.

Bakterie pożerające ludzi

Tym razem trafiło na czternastoletniego, podobno ogólnie zdrowego chłopaka, który kilkanaście dni temu pływał z przyjaciółmi w jeziorze. Następnego dnia po kąpieli Matthew McKinney poczuł się źle, potem miał gorączkę i katar, potem coraz wyższą goraczkę, potem zaczął mu puchnąć nos, potem zaczęły wypadać zęby… Okazało się wreszcie, że przyczyną jest zakażenie Chromobacterium violaceum - bakterią żyjącą w ziemi i zbiornikach wodnych w klimacie tropikalnym i subtropikalnym, która zresztą rzadko powoduje zakażenia u ludzi. Bakteria zaczęła, jak to opisują media, dosłownie zjadać ciało chłopca, lekarze więc, aby zatrzymać rozprzestrzenianie się mikroorganizmu, usunęli pacjentowi między innymi spory kawałek nosa oraz podniebienie. Matthew najprawdopodobniej dojdzie do siebie.

Nadal nie wiadomo, dlaczego akurat ten chłopak zachorował i jak w ogóle doszło do zakażenia. Inne osoby, pływające tego dnia razem z nim nie zgłaszały żadnych problemów. CDC uważa, że nie ma powodu do ogłaszania alarmu, a jezioro nie zostanie zamknięte dla chętnych do kąpieli. Pływać więc można (ostrożnie, czyli jak?), podobno nie należy tylko grzebać w mule.

Brr…

(A tak nawiasem mówiąc, to zastanawiam się czy ta informacja jest w ogóle prawdziwa. Bo w powyżej zalinkowanych artykulikach są jakieś takie dziwaczne nieścisłości – a to nazwa jeziora się nie zgadza, a to nazwa stanu. Dobra dziennikarska robota. Widzę jednak, że i CNN podało tę wiadomość. Im można wierzyć? Czy trust no one? ;-) )

Filadelfia II

:-) Specjalnie dla zastanawiających się nad wycieczką do Philly jeszcze parę fotek. Tym razem z muzeum Rodina, które jest podobno największym po Paryżu zbiorem rzeźb tego artysty.

DSCF8749

DSCF8766

DSCF8738

DSCF8745

DSCF8773

Szanowny małżonek mój określił Rodina wdzięcznym mianem: “swój chłop” – artysta z widocznym dużym upodobaniem rzeźbił damskie pupy. Oraz umieszczał je wszędzie, gdzie tylko się dało (i tam, gdzie niekoniecznie to było potrzebne :-) ). Przyjrzałam się i ja, i rzeczywiście, tyłeczków tych jest całkiem sporo, porozrzucanych tu i ówdzie :-)

DSCF8747

DSCF8759

DSCF8774

A jeszcze większe wrażenie zrobiło na nas drugie muzeum, które zaliczyliśmy tego dnia: Mütter Museum przy The College of Physicians of Philadelphia. Zdjęć nie będzie, bo skąpi medycy nie dość, że życzą sobie niemałe pieniądze za wstęp, to jeszcze nie zgadzają się na fotografowanie w środku, łobuzy. Strona muzeum jest tutaj, ale też nie wszystko można na niej obejrzeć oczywiście. Warto więc się wybrać, jeśli ktoś lubi oglądać na przykład czaszki – stare czaszki tak gdzieś z okolic przełomu XIX i XX w. (można poczuć patriotyczną dumę, bo wiele czaszek jest z terenów polskich). Albo czaszki syfilitycznie dziurawe. Albo utopione w formalinie najróżniejsze patologie - od ogromnych guzów układu pokarmowego, przez gruźlice wszędzie, aż do przerażających poronionych płodów (ewentualnie urodzonych dzieci), począwszy od zroślaków, a skończywszy na tych z anencefalią czy fokomelią. Artystyczne odlewy skóry z wysypkami rozmaitymi (ospa prawdziwa rządzi). Deformacje powstałe na skutek ołowicy czy niedoborów witaminy D. Albo na skutek noszenia gorsetu. I tak dalej. Wszystko to, co powyżej dało się przeżyć, znalazłam jednak coś, co zrobiło wrażenie nawet na zblazowanej biolożce: oprawione w ludzką skórę książki medyczne tudzież pamiętniki. Jak widać, hitlerowcy nie byli za bardzo pomysłowi w dziedzinie wykorzystywania tkanek ludzkich i naśladowali tylko swoich bardzo godnych i elitarnych “przodków” – amerykańskich panów doktorów. Ohyda.

Filadelfia

Filadelfia była ostatnim etapem naszych wakacji, nie bardzo tym razem egzotycznym, ale również przyjemnym. Oczywiście na tyle, na ile udało nam się ją obejrzeć w ciągu krótkiego czasu.
Niezła architektura (jak na downtown sporego amerykańskiego miasta) z całkiem ładnymi wieżowcami i nie tylko,

DSCF8726

DSCF8816

DSCF8798

czasem trafiło się nawet coś sympatycznego, co wyglądało jak gałka lodów pistacjowych na dużej gałce truskawkowych ;-)

DSCF8818

City Hall jak rakieta,

DSCF8729

którego wieża odbijała się w budynku obok zgubionej klamerki do bielizny :-) ,

DSCF8782

dużo historii, która kojarzyła mi się obrzydliwie popkulturowo z wybitnym dziełem filmowym pt. “National Treasure“. W związku z tym na dzwonnicy Independence Hall wypatrywałam Nicolasa Cage’a, oglądającego Deklarację Niepodległości przez specjalne okulary,

DSCF8678

a na Liberty Bell odczytywałam nazwiska dwu odlewniczych dzwonu (”The vision to see the treasured past comes as the timely shadow crosses in front of the house of Pass and Stow“).

DSCF8672

DSCF8674

Niestety, już zupełnie nie-popkulturowo, nie udało nam się zwiedzić miejsca, gdzie Jefferson napisał Deklarację

DSCF8683

albowiem napis obok głosił: On this site stood the house where Thomas Jefferson wrote the Declaration of Independence. Ręce opadają z tymi Amerykanami, wszystko zburzą ;-) .

Skoro przy historii jesteśmy, to warto wspomnieć o uhonorowaniu Polaków: ucharakteryzowanego – nie wiedzieć czemu na Napoleona – Tadzia Kościuszki,

DSCF8654

oraz Kopernika, ucharakteryzowanego na sfery niebieskie.

DSCF8716

Z mniej historycznych rzeczy podziwialiśmy: bardzo fajne murale,

DSCF8779

niebanalną fontannę

DSCF8691

a także ludzi, który gremialnie nie zauważali czerwonego światła (człowiek się czuł normalnie jak w Rzymie :-) ). Smakowaliśmy także polski obiad w restauracyjce o swojskiej nazwie Warsaw Cafe – choć kuchmistrz raczej nie widział różnicy między barszczem a barszczem ukraińskim :-) .

Wszystko, co chcielibyście…

… wiedzieć o najlepszej muzyce wszechczasów, ale baliście się zapytać :-)

Oto przewodnik : http://www.youtube.com/watch?v=UXz7PHkRLgQ

:-)

Bruce Willis czyli seks po pięćdziesiątce

Podobno seks osób po pięćdziesiątce jest w Polsce tabu - wstyd o tym wspominać, słuchać, najlepiej, żeby to w ogóle nie istniało. Jakoś mnie to nie zaskakuje, po wielokrotnym wysłuchiwaniu obrzydliwych powiedzonek o głowie, która siwieje, czy innych komentarzach rzucanych pod adresem zwłaszcza kobiet, które w wieku, powiedzmy dojrzalszym, znajdują sobie partnerów.
Ale to chyba nie tylko w Polsce ten problem istnieje. I dotyczy wszystkich, nawet gwiazd filmowych, którym teoretycznie ludzie wybaczają wiecej, niż na przykład sąsiadkom. Poczytałam sobie ostatnio artykuły, oraz komentarze do nich, na temat nowej małżonki Bruce’a Willisa – wszystko, owszem, raczej sympatyczne, z życzeniami szczęścia oraz typowym rubasznym podziwem i gratulacjami dla Willisa, że znalazł sobie znacznie młodszą partnerkę.

Inna natomiast była reakcja na sesję fotograficzną, sesję raczej nietypową, którą państwo Willisowie zorganizowali jakoś tak po zakończeniu swojego miodowego miesiąca.

Komentarze – mało widziałam pozytywnych. Większość była w stylu: to obrzydliwe, że facet żeni się z babką młodszą o dwadzieścia lat. Że może myśleć o uprawianiu z nią seksu (!) w tak podeszłym wieku (!). Że co powiedzą jego dzieci. Że to nie przystoi ojcu (a najmłodsza córka Willisa ma 15 lat i zapewne szokiem będzie dla niej zobaczenie tatusia ubranego tylko w szorty. No i wiedza, że tatuś może jeszcze TO robić, a przecież powinien się już położyć do trumny). Że to obleśne i budzące odruchy wymiotne. Że Willis powinien się przynajmniej ubrać (no tak, bo to przecież nie przystoi, żeby facet był prawie nago, kiedy babka jest ubrana). Że to kinky, a kinky równa się oczywiście wstrętne. Bo nie daj Boże odrobina bondage, czy jeszcze bardziej nie daj Boże lakier na paznokciach Bruce’a. Bo kogoś te fotki nie podniecają (przykre …). Że ktoś nie jest pruderyjny, ale te zdjęcia mają za zadanie wyłącznie szokować (o jejku, jej). Że to S&M, więc yuck, tacky, tasteless, soft porn, gross, a w ogóle to nie jest artystyczne (o jejku jeszcze bardziej).

Pewnie, że te zdjęcia nie wszystkim muszą się podobać. Ale zdziwiła mnie tak duża liczba tak niechętnych i negatywnych opinii pod hasłem: facet, za stary jesteś na uprawianie seksu, a zwłaszcza na dawanie ludziom do zrozumienia, że nadal uprawiasz i jeszcze cię to bawi. Mimo, że Willis obiektywnie nie wygląda źle, czyli nie załapuje się na popularne także w Polsce opinie, że seks ludzi tzw. dojrzałych jest nieestetyczny, bo te pomarszczone ciała i tak dalej.

Mnie samą Willis ani ziębi ani grzeje, ani mi się nigdy nie podobał ani podobał. Ale ta sesja fotograficzna jego i jego żony jest całkiem niezła. Interesująca, w ładnych kolorach, fajnie erotyczna. Inna, niż nudnawe zdjęcia standardowo uśmiechniętych gwiazd, które świętoszkowato deklarują, że nie wyobrażają sobie życia bez siebie. Podoba mi się Emma Willis – przepiękna kobieta; i podoba mi się to, że to ona dominuje na tych fotkach. Podoba mi się też, że jest bardziej ubrana od męża, bo to w ogóle przyjemna odmiana, a ona w tych świetnych ciuchach wygląda zachwycająco. A tam, gdzie jest topless, też przyjemnie na nią popatrzeć, bo cycki ma fantastyczne.

Nie wspominając już o tym, że absolutnie fenomenalne, rewelacyjne, bombowe i tak dalej są jej …

… buty :-)