Sporothrix

Siedemnaście mgnień cykady

Wschodnie części USA nawiedzają właśnie staruszki. Staruszki jak na owady, naturalnie. Cykady wieloletnie – czyli Magicicada, nazwa skądinąd kojarzy się adekwatnie, bo zjawisko jest zupełnie magiczne – żyją sobie 13 albo 17 lat. Siedem różnych gatunków, poklasyfikowanych w trzy grupy, mieszka w postaci młodocianej pod ziemią. Substancje odżywcze czerpią z tego, co transportuje drewno (ksylem) korzeni drzew lasów liściastych.

Ich cykl życiowy jest zsynchronizowany. Jako się rzekło, co 13 albo 17 lat larwy cykad (nimfy) wychodzą z ziemi. Nie jedna, nie dwie, ale całe ich ogromne masy. Wszystkie nimfy (jeśli tylko pogoda jest odpowiednia) pojawiają się w ciągu kilku dni. W tym czasie mamy do czynienia więc z miliardami owadów, milionami na hektar.

Takiego czegoś jeszcze na razie nie widać, choć tegoroczny wyrój II (brood II) siedemnastoletnich cykad zaczął się na wschodnim wybrzeżu Stanów. Może się doczekamy.

W tej chwili natomiast widzimy w trawie i na drzewach mnóstwo porzuconych szkieletów zewnętrznych (egzoszkieletów) larw, które wyszły spod ziemi.

DSCF5950

Larwy te wspinają się na wyższe pędy traw, czy nawet na drzewa,

DSCF5974

i tam przechodzą ostatnie linienie.

DSCF5911

Z poprzedniego egzoszkieletu pozostaje smętna skorupka,

DSCF5952

za to nowa, świeża postać dorosła jest piękną, subtelnej bladości cykadą,

DSCF5897

która czeka tylko, aż jej obecny szkielet stwardnieje. Młoda cykada nie pozostaje długo biała, w ciągu godziny zmieniając kolor na ciemny. Owady te są mniejsze nieco, niż cykady występujące tu co roku, ale mają piękne, duże skrzydła, a zwłaszcza fascynujące oczy.

DSCF5970

DSCF5959

DSCF5965

Cykady są zupełnie niegroźne. Nie gryzą, nie przenoszą chorób. Jedyne, z czym może być problem, to fakt, że po okresie aktywności godowej – kiedy to w ciągu kilku tygodni obie płci gromadzą się w romantycznych orgiach celem przekazania sobie materiału genetycznego – samice składają jaja w gałęziach drzew. Gałęzie te powinny być nie grubsze, niż zwykły ołówek. Nacięcie ich i złożenie w nich jaj może gałązki te nieco uszkodzić, jednak niektórzy specjaliści uważają, że informacje o szkodach są zwykle przesadzone.

Nie dość, że cykady nie są groźne, to są też raczej nieruchawe i ogólnie bezbronne. Stanowią zatem wspaniały łup dla każdego łakomczucha. Jedzą je ptaki, ssaki, węże, jak również bezkręgowce. W prasie pojawiają się także przepisy kulinarne na dania z cykad. Owady te są znakomitym źródłem białka, a żeby je złapać niepotrzebne są żadne specjalne zabiegi. Wystarczy sięgnąć dziobem czy łapą.

DSCF5936

Cykady nie uciekają ani nie bronią się. A raczej – ich bronią jest ich liczba. Ewentualny drapieżca, choćby nie wiem, jak się natężał, to nie udźwignie i nie pożre wszystkiego. Taka to masa.

Charakterystyczną cechą cykad w okresie godowym jest nieprzytomne wydzieranie się. Wydzierają się – a raczej “śpiewają” – samce wabiące ku sobie partnerki do rozmnażania. Samce cykad wytwarzają dźwięki dzięki posiadaniu superszybkich mięśni i wyspecjalizowanego narządu – żebrowanych błon znajdujących się po bokach ciała. Śpiew cykad jest niezwykle głośnym śpiewem chóralnym, samce stymulują się nawzajem, aby bez wytchnienia wabić samiczki. Poszczególne gatunki wyroju różnią się nieco rodzajem wydawanych dźwięków, jak i ich odbiorem. Dzięki temu osobniki odpowiednich gatunków rozpoznają się bez problemu.

DSCF5921

Kopulacja trwa około godziny. Po kilku dniach samice składają zapłodnione jaja, z których po paru tygodniach wylęgają się młodziutkie larwy. Te schodzą z gałęzi drzew i zakopują się w ziemi. Na kolejny wyrój będzie trzeba poczekać 17 lat.

Literatura:
ResearchBlogging.org
1. Sota, T., Yamamoto, S., Cooley, J., Hill, K., Simon, C., & Yoshimura, J. (2013). Independent divergence of 13- and 17-y life cycles among three periodical cicada lineages Proceedings of the National Academy of Sciences, 110 (17), 6919-6924 DOI: 10.1073/pnas.1220060110
2. Nahirney, P. (2006). What the buzz was all about: superfast song muscles rattle the tymbals of male periodical cicadas The FASEB Journal, 20 (12), 2017-2026 DOI: 10.1096/fj.06-5991com
3. COOK, W., & HOLT, R. (2002). Periodical Cicada (Magicicada cassini) Oviposition Damage: Visually Impressive yet Dynamically Irrelevant The American Midland Naturalist, 147 (2), 214-224 DOI: 10.1674/0003-0031(2002)147[0214:PCMCOD]2.0.CO;2
4. Williams, K. (1995). The Ecology, Behavior, and Evolution of Periodical Cicadas Annual Review of Entomology, 40 (1), 269-295 DOI: 10.1146/annurev.ento.40.1.269

Był sobie kwas

Właśnie przypada rocznica jednego z najbardziej znaczących odkryć w naukach przyrodniczych.

Szczegóły tutaj – zapraszam.

podwojna-helisa

Odporność pęka w odłamków stos

ResearchBlogging.org

Jak zwykle w takim wypadku wydaje się słusznym zakrzyknąć – dobra robota, ludzie! Brawo! Nie szczepcie się dalej, może być tylko lepiej, nie wyłącznie w USA, ale gdzie indziej także.

CDC właśnie poinformowało, że w Stanach, w 2012 roku, zanotowano trzy przypadki różyczki wrodzonej (w latach 2004 – 2011 było ich również trzy, ostatni raz w 2008).

Bo różyczka to nie tylko taka sobie łagodna choroba, z subtelną, elegancką wysypką (taką, co to naturalną reakcją jest – a po co się szczepić, lepiej przechorować). Różyczka to także zestaw wad wrodzonych, jeśli do zakażenia dojdzie w trakcie ciąży. Pisałam już o tym, ale powtórzyć muszę:

Objawy różyczki wrodzonej są bardzo różnorodne, wymienia się wśród nich: zaćmę i inne nieprawidłowości w obrębie narządu wzroku (jaskra, retinopatie, małoocze), prowadzące do ślepoty, głuchotę, wady serca, problemy neurologiczne (mikrocefalia, opóźnienie w rozwoju motorycznym i psychicznym), nieprawidłowy wzrost w okresie płodowym, a także objawy zapalne w mózgu, wątrobie, śledzionie, płucach i szpiku kostnym. Część z tych wad ujawnia się dopiero jakiś czas po urodzeniu dziecka, np. nieprawidłowości w funkcjonowaniu narządu słuchu, cukrzyca czy wady tarczycy.

Postać różyczki wrodzonej zależy od momentu zakażenia w ciąży. Jeśli dojdzie do niego w pierwszych 8 – 10 tygodniach, wad jest bardzo wiele, a występują one u 90% dzieci, które przeżyją. Ryzyko wad spada do 10 – 20%, jeśli do zakażenia dochodzi w 11 – 16 tygodniu, a jest w ogóle rzadkie po 16 tygodniu (z wyjątkiem głuchoty, do której może dojść nawet wówczas, kiedy infekcja miała miejsce w 20 tygodniu ciąży).

O, tak wygląda różyczka wrodzona:

rubel2

Skaza krwotoczna

2724031_opth-3-413f8
Małoocze

1-s2.0-S1744165X07000182-gr3
Zaćma

W Stanach Zjednoczonych intensywnie walczono z różyczką. W latach 1963-65, kiedy to miejsce miała pandemia tej choroby, w USA odnotowano 12 i pół miliona przypadków, zmarło ponad 2 tysiące noworodków, ciążę straciło ponad 11 tysięcy kobiet (na skutek poronienia albo aborcji), a u 20 tysięcy dzieci pojawił się różyczkowy zespół wrodzony (ponad 11 tys. urodziło się głuche, ponad 3 tysiące ślepe i prawie 2 tysiące opóźnione w rozwoju umysłowym).

Amerykanie poszli więc po rozum do głowy i wymyślili, że trzeba by rozpocząć szczepienia, tym bardziej, że nawiedziła ich kolejna epidemia, w 1969 roku. W tym samym roku zarejestrowano szczepionkę i liczba zakażeń zaczęła błyskawicznie spadać.

Rubella-us-1966-93-cdc

W roku 2004 oficjalnie ogłoszono, że USA jest krajem wolnym od endemicznej różyczki. Dzięki powszechnym szczepieniom właśnie.

Niestety, wirus różyczki cały czas krążył i krąży sobie po świecie. Tym swobodniej, im mniej szczepią się ludzie. Tym swobodniej, im bardziej dają posłuch szarlatanom twierdzącym, że szczepionka MMR (w jej skład wchodzi preparat przeciw różyczce) jest nieskuteczna i powoduje autyzm. Tymczasem MMR jest szczepionką znakomitą, bezpieczną, wywołującą długotrwałą odporność, dobrze tolerowaną i oczywiście nie wiąże się z autyzmem.

Nie warto więc szczepić? To pytanie do tych, którym wydaje się, że skoro wyeliminowaliśmy jakąś chorobę z naszego podwórka (np. USA różyczkę, Europa polio), to szczepienia są niepotrzebne. Nieprawda. Są nadal bardzo potrzebne. Żeby ludzie nie zakażali się na wycieczkach do egzotycznych krajów. Żeby choroby nie były zawlekane do obszarów graniczących z endemicznymi oraz do tych dalszych. Żeby nie zakażały się wirusem różyczki nieodporne ciężarne. Które potem, jak te opisywane w dzisiejszej notce matki, rodzą ciężko chore dzieci. A dzieci te z kolei, o czym rzadko się wspomina, mogą zarażać osoby się z nimi stykające, rozsiewając wirusy przez wiele miesięcy, ponad rok nawet.

Czy dotrze to do przeciwników szczepień, jeśli pokaże im się, jak wygląda wrodzona różyczka i gdzie może się pojawić? Nie ogólnie, ale na konkretnych przykładach?

Pierwsze dziecko – z tych trojga z zespołem różyczki wrodzonej urodzonych w Stanach w 2012 roku – urodziło się w stanie Maryland. Niska waga urodzeniowa, wrodzone wady serca, zmiany na skórze, zaćma, obrzęk mózgu, wysięk osierdziowy, obuuszne upośledzenie słuchu. Matka nieszczepiona przeciw różyczce, pochodząca z kraju, gdzie rutynowo nie szczepiono przeciw tej chorobie, zarażona na początku ciąży.

Drugie dziecko zmarło miesiąc po urodzeniu – na skutek różyczki wrodzonej – w szpitalu w stanie Alabama. Urodziło się ze skazą krwotoczną na całym ciele, przetrwałym przewodem tętniczym, powiększeniem serca, trombocytopenią, zmianami zapalnymi w płucach, anemią i nieprawidłowo funkcjonującą wątrobą. Matka nieszczepiona przeciw różyczce, pochodząca z kraju, gdzie rutynowo nie szczepiono przeciw tej chorobie, nie wiadomo, kiedy zarażona.

Trzecie dziecko urodziło się w stanie Illinois. Ważyło 650 gramów. Po urodzeniu lekarze zanotowali: upośledzenie rozwoju, zaćmy, zespół Dandy’ego-Walkera (czyli kompleks wad wrodzonych tyłomózgowia), trombocytopenię, zapalenie naczyniówki, koarktację aorty, niewielkie zaburzenia funkcji wątroby, lekko podwyższone transaminazy, niewielką hiperbilirubinemię oraz podwyższony poziom białka C-reaktywnego. Matka pochodząca z kraju, gdzie rutynowo nie szczepiono przeciw różyczce, najprawdopodobniej więc nieszczepiona.

Trzy tragiczne przypadki zawleczone z trzech afrykańskich krajów. A więc czy spowodują jakąś głębszą refleksję wśród beztroskich i dotąd bezmyślnych przeciwników szczepień? Sądzę, że wątpię. Ale może trzeba mieć nadzieję.

Dodatkowe informacje:

1. Centers for Disease Control and Prevention (CDC) (2013). Three cases of congenital rubella syndrome in the postelimination era – Maryland, alabama, and illinois, 2012. MMWR. Morbidity and mortality weekly report, 62, 226-9 PMID: 23535689
2. Duszak, R. (2009). Congenital rubella syndrome—major review Optometry – Journal of the American Optometric Association, 80 (1), 36-43 DOI: 10.1016/j.optm.2008.03.006
3. Banatvala JE, & Brown DW (2004). Rubella. Lancet, 363 (9415), 1127-37 PMID: 15064032
4. http://www.cdc.gov/vaccines/pubs/pinkbook/downloads/rubella.pdf
5. Ilustracje pochodzą ze stron CDC, Microbiology and Immunology Online i US National Library of Medicine.

Zastosowanie praktyczne

ResearchBlogging.org

Jak rzekła młodziutka Cerro do króla Vridanka na ich pierwszej schadzce: “Niebrzydka rzecz, ale czy ma jakieś zastosowanie praktyczne?” *

O niebrzydkiej rzeczy metodzie pisałam jakiś czas temu, a o jej zastosowaniu praktycznym wspomniałam zwięźle tutaj. Czas więc rozwinąć trochę.

Do szpitala trafił młody mężczyzna. Nie pierwszy raz zresztą – przedtem, w swoim 24-letnim życiu, przeszedł już ponad 350 zabiegów, tak więc ze szpitalem, lekarzami i leczeniem miał do czynienia więcej, niż zapewne marzyłby i pragnął. A wszystko przez brodawczakowatość krtani, której nabawił się około 4. roku życia.

Brodawczakowatość krtani jest chorobą rzadką, a jej przyczyną jest zakażenie wirusem HPV w górnej części układu oddechowego. W grę wchodzą głównie HPV-6 i HPV-11, a więc wirusy brodawczaka nie powodujące na ogół zmian o charakterze złośliwym (tzw. “low-risk”). Tym niemniej brodawczakowatość krtani jest schorzeniem bardzo ciężkim i uprzykrzającym życie. Wystarczy wyobrazić sobie, że brodawki rosną w krtani i powoli zwężają drogi oddechowe. Co – jeśli nie niszczyć narośli – prowadzi nieuchronnie do fizycznego zamknięcia światła układu oddechowego i zgonu pacjenta z powodu uduszenia.

Jedyną metodą jest – i to właśnie stosowano kilkaset razy u omawianego pacjenta – usuwanie brodawek, kiedy zaczynają zagrażać nadmiernym wzrostem. Na przykład co trzy tygodnie. Plus oczywiście rozmaita chemioterapia, która nie przynosi olśniewających rezultatów.

Co gorsza, pacjent zakażony był wirusem HPV typu 11, który to wirus lubi czasem zejść sobie w głąb układu oddechowego i zaatakować jego dolną część. Tak się stało i u naszego pacjenta, a stosowana chemioterapia nie była w stanie zatrzymać wzrostu guzów w płucach – były na nią oporne.

Nic dziwnego, że lekarze (i pacjent również) zirytowani tą syzyfową pracą postanowili spróbować czegoś innego. Akurat całkiem sporym echem odbiły się informacje o nowej metodzie, pozwalającej hodować w laboratorium komórki pacjenta pobrane z nowotworu (a także sąsiadujące z nimi komórki zdrowe) oraz testować na nich in vitro różne leki – a nuż któryś będzie działał.

Jak postanowiono, tak zrobiono. Lekarze pobrali fragmenty tkanek pacjenta i oddali je do laboratorium. Komórki rosły znakomicie, acz bez różnicy między tymi zdrowymi a tymi “chorymi”. Diagnostyka potwierdzona została w piątym dniu od pobrania materiału od pacjenta. Ósmego dnia okazało się, że z trzech sprawdzanych leków jeden niszczył komórki guza, a był stosunkowo nieszkodliwy dla zdrowych komórek (na marginesie, nie był to lek najczęściej stosowany u pacjentów z brodawczakowatością krtani). Pacjent poddany został więc terapii z użyciem tego właśnie, skutecznego in vitro, leku. Guzy w płucach uległy zmniejszeniu, a nowe przestały się pojawiać. Ponadto w kolejnych latach nie zanotowano wzrostu guzów.

Żeby było ciekawiej, dzięki hodowli komórek nowotworowych w laboratorium udało się prawdopodobnie wyjaśnić, dlaczego w tym akurat przypadku HPV-11 spowodował powstanie zmian, i to zmian szybko rosnących oraz opornych na terapię. Okazało się mianowicie, że w trakcie wędrówki wirusa z górnej do dolnej części układu oddechowego nastąpiła mutacja w genomie HPV-11. Wirus w krtani miał genom przypominający genom normalnego, “dzikiego” wirusa (wielkość 7900 par zasad), natomiast wirus w płucach – genom znacznie większy (10400 par zasad). Różnica spowodowana była duplikacją, a co ważniejsze, duplikacją w rejonie promotora i dwóch onkogenów papillomawirusa: E6 i E7. To najprawdopodobniej spowodowało dużą agresywność choroby u pacjenta.

Wiecej informacji znajduje sie w tym wywiadzie, opis zaś nowej metody tutaj. Zapraszam raz jeszcze.

Yuan, H., Myers, S., Wang, J., Zhou, D., Woo, J., Kallakury, B., Ju, A., Bazylewicz, M., Carter, Y., Albanese, C., Grant, N., Shad, A., Dritschilo, A., Liu, X., & Schlegel, R. (2012). Use of Reprogrammed Cells to Identify Therapy for Respiratory Papillomatosis New England Journal of Medicine, 367 (13), 1220-1227 DOI: 10.1056/NEJMoa1203055

* A. Sapkowski “Pani Jeziora”

Jak nie urok to… wirusy

ResearchBlogging.org

Mylenie grypy z przeziębieniami zdarza się dość często. Mniej często, jak sądzę, można spotkać się ze stwierdzeniami, że grypa i tzw. grypa żołądkowa to to samo albo przynajmniej coś zbliżonego. Ten sam wirus może? I warto polecać  szczepionki przeciwgrypowe celem zapobiegania grypom żołądkowym?

Nie. Wirus grypy i wirusy grypy żołądkowej to zupełnie coś innego. Należą do różnych grup, powodują różne choroby, inne jest leczenie, profilaktyka i epidemiologia. Dezorientację powoduje nazwa – “grypa żołądkowa”. Powinno się chyba od niej odejść (co byłoby pewnie trudne, gdyż używana jest powszechnie, nie tylko w języku polskim), tak jak staramy się nie mówić per “pałeczka grypy” o bakterii Haemophilus influenzae.

Zdecydowanie ładniejszą nazwą jest gastroenteritis. To jest właśnie to, zapalenie żołądka i jelita cienkiego. Często powodowane przez różne wirusy (choć nie tylko), ale nie jest to grypa.

Wirusowe gastroenteritis charakteryzuje się jednoczesnym (na ogół) występowaniem wymiotów i wodnistej biegunki, wraz z bólami i skurczami brzucha oraz gorączką. Trwa kilka – kilkanaście dni. Nie wymaga specjalnego leczenia, poza doustnym uzupełnianiem płynów i elektrolitów (chyba że stan pacjenta się nie poprawia). Wirusy powodujące gastroenteritis przenoszą się drogą fekalno-oralną, przez spożywanie skażonych pokarmów i wody, poprzez skażone przedmioty czy ręce, dlatego tak ważna jest osobista higiena.

Rotawirusy

Rotawirusy są chyba najlepiej znanym czynnikiem etiologicznym wirusowego zapalenia żołądka i jelit. Powodem jest zapewne fakt, że często atakują dzieci – są jednym z głównych czynników ciężkiego gastroenteritis u dzieci na całym świecie – ponadto od dłuższego czasu dostępna jest prosta diagnostyka w ich kierunku, w dodatku mamy przeciw nim szczepionkę.

Rotavirus

Bardzo piękne rotawirusy (patrz zdjęcie) należą do rodziny Reoviridae i posiadają dość niezwykły genom w postaci dwuniciowego RNA. Zakażają i zwierzęta, i ludzi, a ludzkie rotawirusy powodujące gastroenteritis opisane zostały po raz pierwszy w 1973 roku przez panią Ruth Bishop. Obecnie wiadomo, że istnieje kilka gatunków rotawirusów atakujących człowieka.

W krajach o klimacie umiarkowanym zachorowania wykazują sezonowość, tzn. częstsze są w chłodniejszych miesiącach, zimą i wiosną (co może pomóc odróżnić je od zakażeń bakteryjnych, zdarzających się wtedy, kiedy jest ciepło). Zachorowania są powszechne, niemal każde dziecko przed ukończeniem 5. roku życia uległo przynajmniej jednej infekcji.

Ze względu na szybkie odwodnienie podczas choroby, rotawirusy groźne są przede wszystkim dla małych dzieci (choć dorośli także chorują, tyle że objawy są mniej poważne). Co roku powodują śmierć ponad pół miliona dzieci poniżej 5. roku życia, głównie w Indiach, krajach Afryki środkowej i Chinach.

Zakażeniom można zapobiegać poprzez higienę, ale sama higiena nie wystarczy. Szczęśliwie jest szczepionka, która w znaczący sposób (85-98%) zmniejsza liczbę zachorowań, zwłaszcza ciężkich, u dzieci. Jednak szczepionka przeciw rotawirusom bywa traktowana przez rodziców z nieufnością. Przyczyną tego może być fakt, że pierwszy stosowany preparat – RotaShield – wycofany został z rynku ze względu na związek ze zwiększoną liczbą przypadków wgłobienia jelita u dzieci. Należy zatem podkreślić, że obecnie stosowane szczepionki RotaTeq i Rotarix są skuteczne i bezpieczne.

Oczywiście skuteczność nie wynosi 100%, dlatego też możliwe jest występowanie choroby u osoby uprzednio szczepionej. Kolejne zachorowania są na szczęście łagodniejsze, niż pierwsze. Warto też pamiętać, że samo zachorowanie także nie powoduje powstania trwałej odporności (czyli że niemądre pomysły typu “nie trzeba szczepić, dziecko przechoruje i już nigdy więcej nie zachoruje” są po prostu nierozsądne). W Polsce szczepienie przeciw rotawirusom należy do szczepień zalecanych.

Norowirusy

Wydawałoby się, że norowirusy powinny być nawet lepiej znane niż rotawirusy. Były pierwszymi wirusami, które w ogóle powiązano z gastroenteritis u ludzi, ale przez lata pozostawały na drugim planie. Najnowsze badania pokazały jednak, że norowirusy są nie tylko najczęstszym czynnikiem etiologicznym nie-bakteryjnego zapalenia żołądka i jelit, ale także głównym czynnikiem gastroenteritis u dorosłych i u dzieci na całym świecie (wpływ na to miała zapewne nie tylko lepsza diagnostyka, ale i szczepienia przeciw rotawirusom).

Norovirus_4

Norowirusy (czy, jak je wówczas określano, wirusy Norwalk lub Norwalk-like viruses) powodujące zachorowania jelitowe u ludzi opisano po raz pierwszy w 1972 roku, w Norwalk, w stanie Ohio. Należą do rodziny Caliciviridae.

Wirusy te przenoszą się drogą fekalno-oralną, przez zakażoną (kałem, wymiocinami) wodę, przedmioty czy surowe, niegotowane jedzenie. Szczególnie lubią bytować w zwierzętach, które same filtrują pokarm, a są przez ludzi zjadane na surowo. Epidemie związane z zakażonymi partiami ostryg, a także innych owoców morza, opisywane były dość często. Sama byłam świadkiem, kiedy to ofiarą norowirusów padła połowa uczestników konferencji, nomen omen, wirusologicznej, kilkanaście lat temu. Podobne epidemie zdarzają się w szkołach, na uniwersytetach (na moim także, niedawno), domach opieki, a także na statkach wycieczkowych (nie bez powodu określa się te statki jako sick ships). Epidemie mogą wybuchać okrągły rok, choć na półkuli północnej częstsze są zimą i wczesną wiosną, a na półkuli południowej – wiosną i latem. Odporność po przechorowaniu jest tylko czasowa.

Norowirusy są niezwykle zakaźne. Składa się na to zjawisko mała dawka zakaźna (do wywołania choroby wystarczy zaledwie 20-50 cząstek wirusowych), ogromna liczba wirusów wydalana z kałem (108-1010 cząstek na gram kału) i intensywne wydalanie wirusów przez rekonwalescentów. Norowirusy doskonale przeżywają w sokach żołądkowych.

CDC podaje, że każdego roku na gastroenteritis o etiologii norowirusowej choruje ponad 20 milionów ludzi w USA. Uważa się też, że zachorowania te związane są z ponad 70 tysiącami hospitalizacji i 800 zgonami rocznie.

Nie ma leku (poza medykamentami zapobiegającymi odwodnieniu), nie ma szczepionki. Jedyną metodą ochrony przed tymi wirusami jest bardzo rygorystyczne przestrzeganie zasad higieny, zarówno osobistej, jak i publicznie.

W 2012 roku w Australii wykryto i opisano nowy szczep norowirusa – GII.4 Sydney. W tej chwili wiadomo, że powoduje on infekcje również na innych kontynentach, a w USA jest on najpowszechniej występującym norowirusem.

Na koniec tej części warto dodać, że inne kaliciwirusy (czyli, jak kiedyś o nich pisano, małe okrągłe wirusy, SRV, small round viruses) także związane są z zapaleniem żołądka i jelit. Są to sapowirusy (Sapporo-like viruses). Na szczęście nie są tak powszechne jak norowirusy.

Astrowirusy

A skoro mowa o małych okrągłych wirusach, to zaliczano do nich również astrowirusy (rodzina Astroviridae).

Astrovirus

Astrowirusy powodują gastroenteritis na całym świecie, zwłaszcza u dzieci, ale na pewno rzadziej niż norowirusy czy rotawirusy. Objawy są podobne, jak w przypadku innych wirusów, z tym, że czasem nie występują wymioty. Transmisja jest także zbliżona, ze szczególnym uwzględnieniem sympatii wirusów do owoców morza.

Adenowirusy

Adenowirusy kojarzą się najczęściej z zakażeniami układu oddechowego. I słusznie, choć od paru lat wskazuje się na nie jako na szczególnie niebezpieczne i potencjalnie śmiertelne czynniki chorobotwórcze u pacjentów z immunosupresją.

Istnieje 51 serotypów adenowirusów, pozaliczanych do 6 gatunków, od A do F. Kilka z nich – głównie dwa serotypy: 40 i 41, należące do gatunku  F, oraz w mniejszym stopniu: 12, 18 i 31 z gatunku A – jest czynnikiem etiologicznym gastroenteritis. Serotypy 40 i 41 odpowiedzialne są za powodowanie 5-20% hospitalizacji dzieci z biegunką.

Panorama adeno

Adenowirusowe gastroenteritis występuje głównie u dzieci poniżej 2 roku życia, ale zdarzać się może u osób w każdym wieku. Objawem jest przede wszystkim trwająca 7-8 dni biegunka, natomiast wymioty – jeśli są, a obserwuje się je u 80% pacjentów – są łagodne i trwają średnio 2 dni.

Infekcje zdarzają się cały rok, nie wykazując sezonowości.

Literatura:

1. Parashar, U., Burton, A., Lanata, C., Boschi‐Pinto, C., Shibuya, K., Steele, D., Birmingham, M., & Glass, R. (2009). Global Mortality Associated with Rotavirus Disease among Children in 2004 The Journal of Infectious Diseases, 200 (s1) DOI: 10.1086/605025 
2. Morillo SG, & Timenetsky Mdo C (2011). Norovirus: an overview. Revista da Associacao Medica Brasileira (1992), 57 (4), 453-8 PMID: 21876931
3. Caul, E. (1996). Viral gastroenteritis: small round structured viruses, caliciviruses and astroviruses. Part II. The epidemiological perspective. Journal of Clinical Pathology, 49 (12), 959-964 DOI: 10.1136/jcp.49.12.959
4. Zaghloul, M. (2012). Adenovirus Serotypes (40,41) as a Cause of Gastroenteritis Air & Water Borne Diseases, 01 (02) DOI: 10.4172/2167-7719.1000e104
5. Ilustracje pochodzą ze strony CDC oraz z Wikimedia Commons.

Niezwykłe przygody ruchów antyszczepionkowych na końcu (a końca nie widać)

ResearchBlogging.org
Dzisiejszy tekst stanowi kontynuację tej notki. Szczególnie dedykowany jest tym, którzy, jak widziałam tu i ówdzie w necie, uważają, że to wszystko przez Wakefielda.

Przy okazji zareklamuję raz jeszcze Przewodnik Krytyki Politycznej poświęcony zdrowiu, w którym to Przewodniku ukazało się poniższe (acz w znacznie zmienionej wersji).

zdrowie

Wstęp

W ostatnich latach wiele słyszy się i czyta na temat szkodliwości szczepionek i programów powszechnych szczepień. Antyszczepionkowe ruchy są prężne, wśród ich przedstawicieli znajdują się celebryci, a ich poglądy mają duży wpływ na rodziców, obawiających się o zdrowie dzieci. Wielu obserwatorów tej sytuacji wydaje się wierzyć, że ruchy antyszczepionkowe są nowością we współczesnych społeczeństwach. Że powstały stosunkowo niedawno, w odpowiedzi na zbyt dużą (zdaniem ich przedstawicieli) liczbę obecnie stosowanych szczepionek przeciw chorobom wieku dziecięcego, na kontrowersje związane z niektórymi szczepieniami (na przykład wymyślone i podsycane przez Andrew Wakefielda zastrzeżenia wobec szczepionki MMR – przeciw odrze, śwince i różyczce), czy wręcz w powiązaniu z szerzonymi tu i ówdzie teoriami spiskowymi („rządy państwowe chcą nas oznakować przy użyciu szczepionek, żeby sprawować nad nami kontrolę”).

Tymczasem ruchy antyszczepionkowe towarzyszą szczepieniom od samego początku; od pierwszych chwil zastosowania pomysłu, że ludzi można chronić przed poważnymi chorobami dzięki podawaniu im specjalnie przygotowanych preperatów medycznych zawierających patogeny (osłabione, zinaktywowane lub też ich fragmenty). Zastosowanie idei tej, godnej podziwu i uznanej przez świat medyczno-naukowy za jedno z najdonioślejszych osiągnięć ludzkości, od zawsze budziło protesty, oparte na różnych przesłankach. Co zaskakujące, mógł zmienić się sposób szerzenia tychże protestów (ludzie w XIX wieku nie mieli oczywiście dostępu do telewizji czy internetu), ale ich treść nie uległa zasadniczym zmianom przez te wszystkie lata.

Ciekawostką jest fakt, że aktywność przypominająca działania antyszczepionkowców miała miejsce nawet jeszcze przed wprowadzeniem idei szczepień w życie – za początek czego uznaje się prace Edwarda Jennera nad uodpornieniem ludzi i masowymi szczepieniami przeciw ospie prawdziwej. W 1721 roku, w nękanym przez dużą epidemię ospy Bostonie, jeden z lekarzy, Zabdiel Boylston, przy aktywnym wsparciu Cottona Mathera, wpływowego purytańskiego pamflecisty, zastosował technikę wariolacji (celowego zakażenia materiałem zawierającym wirusy ospy prawdziwej – Variola, stąd nazwa) na ponad dwustu osobach. Mather spotkał się z dużą dezaprobatą, atakowano go nawet fizycznie, a sam pisał, że nigdy nie widział, żeby diabelskie podszepty zebrały tak duże żniwo, jak w przypadku zachowania osób atakujących ideę chronienia ludzi przed groźną chorobą.

Wędrując jeszcze głębiej w przeszłość – istnieje przypuszczenie (choć niewiele jest na to dowodów), że czynności przypominające szczepienia znane były bardzo wcześnie, w pierwszym tysiącleciu naszej ery, a stosowali je ponoć Chińczycy. Być może wiedziano o nich także w Europie. Dwaj osiemnastowieczni włoscy lekarze, Emanuel Timoni i Giacomo Pylarini pisali w 1714 roku, iż podobne zabiegi znali ich przodkowie. A doktor James Kirkpatrick w swoim dziele z 1761 roku “The Analysis of Inoculation: Comprizing the History, Theory, and Practice of It: with the Occasional Consideration of the Most Remarkable Appearances in the Small Pocks” zanotował istnienie sprzeciwów wobec tego typu praktyk. Sprzeciwów ze strony duchowieństwa, opierających się na twierdzeniu, że taka ochrona ludzi przed chorobami stanowi bunt wobec woli Boga i że stosujących ją spotka wieczne potępienie.

O ospie prawdziwej i pierwszej fali ruchów antyszczepionkowych przeczytać można w tej notce.

Krztusiec i druga fala ruchów antyszczepionkowych

Druga fala ruchów antyszczepionkowych miała zasięg globalny, protesty odnotowano w Europie, Azji, Australii i Ameryce Północnej, dotyczyły one szczepionki przeciwko błonicy, tężcowi i krztuścowi (DTP, zwaną dawniej Di-Per-Te), a kontrowersje wzbudzała zwłaszcza tzw. pełnokomórkowa szczepionka przeciwkrztuścowa.

W Szwecji wprowadzono ją w latach pięćdziesiątych XX w. W 1967 roku jeden z tamtejszych lekarzy, Justus Ström, stwierdził, że krztusiec nie jest groźny w nowoczesnym szwedzkim społeczeństwie i że szczepić nie warto. Wkrótce potem pojawiły się doniesienia o neurologicznych powikłaniach poszczepiennych. Wszystko to spowodowało spadek zaufania do szczepionki i zmniejszenie liczby szczepionych dzieci.

Podobnie sytuacja wyglądała w Japonii, gdzie DTP wprowadzono w 1947 roku. Skutkiem masowych szczepień było zmniejszenie zachorowalności do tego stopnia, że zaczęto wspominać o tym, iż szczepionka nie jest już potrzebna. Emocje wzbudził również fakt, że dwoje dzieci zmarło po szczepieniu. W związku z tym zaprzestano stosowania szczepień przeciw krztuścowi w ogóle. Wynikiem była epidemia, która wybuchła w 1979 roku, z 13 tysiącami chorych i 41 zgonami. Japończycy wprowadzili więc szczepienia ponownie, tym razem z użyciem nieco bezpieczniejszej przeciwkrztuścowej szczepionki bezkomórkowej i chorobę udało się opanować.

Szczepionka DTP była w użyciu w Wielkiej Brytanii od lat pięćdziesiątych XX w. Mimo że nie spowodowała całkowitego zniknięcia krztuśca, znacząco wpłynęła na zmniejszenie częstości jego występowania. W latach czterdziestych krztusiec zbierał bowiem spore żniwo, szczególnie wśród niemowląt. Była to główna przyczyna śmierci dzieci z powodu chorób zakaźnych w tamtych latach. Po wprowadzeniu rutynowych szczepień liczba przypadków choroby malała, aż krztusiec przestał budzić zainteresowanie i emocje. Aż do lat siedemdziesiątych, do czasu doniesienia z jednego z londyńskich szpitali, że ponad trzydzieścioro dzieci miało niepokojące objawy neurologiczne po szczepieniu DTP. Informacje pojawiły się w telewizji i prasie, powołano stowarzyszenie The Association of Parents of Vaccine Damaged Children, którego celem było ukazanie opinii publicznej ryzyka związanego ze szczepionką. Świat medyczny był podzielony, co tym bardziej dezorientowało społeczeństwo. W 1977 roku doktor Gordon Stewart ze szpitala w Glasgow opublikował wyniki badań świadczących o tym, że DTP wiąże się z dużym ryzykiem wystąpienia powikłań neurologicznych. Spowodowało to dyskusję na łamach czasopism naukowych oraz prasy popularnej. Wreszcie przeprowadzono niezależne, na szeroką skalę zakrojone badania, które wykazały, że mimo iż w istocie stosowanie szczepionki przeciwkrztuścowej wiązać się może z pewnymi efektami ubocznymi, to ryzyko ich wystąpienia jest niezwykle małe. Dzięki tej wiedzy rozpoczęto kampanię na rzecz powszechnych szczepień, i to kampanię bardzo szeroko zakrojoną, widoczną we wszystkich mediach.

Dyskusje na temat szczepień przeciw krztuścowi pojawiły się ponownie na początku lat osiemdziesiątych. Tym razem udało się jednak pokazać opinii publicznej, że nie ma dowodu na to, iż szczepionka przeciwkrztuścowa powoduje trwałe następstwa neurologiczne.

W Stanach Zjednoczonych antyszczepionkowe kontrowersje wywołane zostały w 1982 roku filmem dokumentalnym “DTP: Vaccine Roulette”, który pokazywał negatywne skutki szczepienia, a minimalizował efekty pozytywne. Niezadowoleni rodzice założyli własne organizacje, chcąc protestować przeciw szczepieniom, jednakże świat medyczno-naukowy tym razem nie zamknął się w obrębie czasopism naukowych (jak to w dużej mierze było w Wielkiej Brytanii), ale wykorzystał mass-media. Stowarzyszenia medyczne, takie jak American Academy of Pediatrics i American Medical Association dołączyły do Centers for Disease Control and Prevention w prowadzeniu kampanii pro-szczepionkowej. Dzięki temu w USA liczby zaszczepionych przeciw krztuścowi utrzymywały się na niezłym poziomie.

Aż do 2010 roku. Niestety, między innymi na skutek działalności ruchów antyszczepionkowych, spadek liczby uodpornionych osób w społeczeństwie spowodował znaczący wzrost chorujących na krztusiec w Kalifornii. Zanotowano tam ponad cztery tysiące przypadków choroby, a zmarło z jej powodu dziesięcioro dzieci. W odpowiedzi, w roku 2011, wprowadzono dodatkowe obowiązkowe szczepienia przy użyciu DTP dla uczniów szkół publicznych i prywatnych. A w tej chwili coraz więcej mówi się o powracającym zagrożeniu krztuścem nie tylko w USA.

Wygląda więc na to, że druga fala ruchów antyszczepionkowych przeszła płynnie w falę trzecią, czyli tę, która ma miejsce obecnie.

MMR i trzecia fala ruchów antyszczepionkowych

W 1998 roku doktor Andrew Wakefield opublikował dane, z których wynikało, że istnieje związek przyczynowo-skutkowy między szczepionką MMR, a zapaleniem jelit i co ważniejsze – autyzmem. Informację podchwyciły media. Dało to początek antyszczepionkowej histerii oraz popularnemu w wielu krajach mitowi, że szczepionki powodują autyzm (a jest to niewątpliwie mit, gdyż bardzo dokładnie przeprowadzono wiele badań, które takiego związku nie wykazały). Stwierdzono też, że Wakefield postępował nieetycznie w stosunku do swoich pacjentów i fałszował wyniki badań, wykazując się ogólnie nierzetelnością i nieuczciwością zawodową. Po wnikliwym dochodzeniu większość współautorów artykułu wycofała się, Wakefield został ukarany naganą ze strony brytyjskiego General Medical Council (za łamanie etyki zawodowej, w tym konflikt interesów) oraz odebrano mu prawo wykonywania zawodu lekarza na terenie Wielkiej Brytanii. Wreszcie w 2010 roku, na podstawie niezbitych dowodów, czasopismo Lancet oficjalnie wycofało artykuł Wakefielda.

Niestety zniszczenia zdołały się już dokonać. Wielu rodziców, nastraszonych przez Wakefielda i zwolenników jego teorii, przestało szczepić dzieci szczepionką MMR. Skutkiem tego (choć nie tylko tego) jest coraz większa liczba przypadków odry i świnki w wielu krajach Europy i poza Europą. Sytuacja ta niepokojąca jest do tego stopnia, że specjaliści w Stanach Zjednoczonych ostrzegali niedawno obywateli swego kraju przed podróżami do Europy, ze względu na potencjalne ryzyko zachorowania na odrę.

Elementem trzeciej fali ruchów antyszczepionkowych jest także hasło “Green Our Vaccines”. Kwestia bardziej „ekologicznych” i „nietoksycznych” szczepionek pojawiła się po szeroko rozpropagowanych podejrzeniach, że tiomersal – związek rtęci stosowany w niektórych szczepionkach jako konserwant – może powodować autyzm. W 1999 roku amerykańskie organizacje medyczne zdecydowały o wycofaniu albo zmniejszeniu zawartości tiomersalu w szczepionkach. Firmy farmaceutyczne miały tego dokonać wyłącznie z ostrożności – zajmujący się bezpieczeństwem szczepionek Institute of Medicine’s Immunization Safety Review Committee oficjalnie stwierdził bowiem, że związku autyzmu ze szczepionkami zawierającymi tiomersal nie ma. Notabene, w tej chwili specjaliści uważają, że wycofywanie tiomersalu było krokiem zbyt pochopnym i może narazić na szwank próby eliminacji niektórych chorób, szczególnie w krajach biedniejszych.

Mimo jednak naukowego wykazania nieszkodliwości szczepionek z tiomersalem, ruchy antyszczepionkowe cały czas próbują forsować kwestię badań pod kątem ukrywających się w szczepionkach różnych toksycznych substancji. Rolę odgrywają tu niektórzy celebryci (np. Jenny McCarthy) głosząc, że istnieje związek między szczepieniami i autyzmem i że firmy farmaceutyczne powinny usunąć wszelkie tego rodzaju „toksyny” z produkowanych preparatów.

Podsumowanie

Szczepionki i powszechne szczepienia są jednym ze świetniejszych dokonań ludzkości. Jednak od samego początku walce z chorobami zakaźnymi towarzyszy sprzeciw ruchów antyszczepionkowych. Ich zastrzeżenia nie zmieniły się wiele na przestrzeni ponad dwustu lat. Nadal dotyczą kwestii bezpieczeństwa i skuteczności szczepionek, problemów związanych z wolnościami obywatelskimi, obejmują też pytania o konflikt między szczepieniami a religią. Ruchy antyszczepionkowe wciąż posługują się zręcznym żonglowaniem nieprawdziwymi danymi, przeinaczonymi teoriami naukowymi i wzbudzaniem strachu przed spiskami, czym poważnie szkodzą społeczeństwom.

Skąd się to bierze? Skąd bierze się wiara w pseudomedycynę, informacje niepotwierdzone naukowo, a często także niebezpieczne dla zdrowia? Czy jest to ogólny brak zaufania do nauki i naukowców, obecny nawet w XXI wieku? Niezrozumienie hermetycznego języka nauki? Odruchowa niechęć do wszelkich zabiegów administracyjnych? A może raczej wiara w to, że „naturalne” jest zawsze lepsze niż to, co wyprodukowano gdzieś w zimnym i sterylnym laboratorium (czyli że  „naturalna” odra jest lepsza, niż zapobieganie jej)? A może, szczególnie w przypadku szczepionek, znaczenie ma krótkowzroczność i reagowanie tylko na bezpośrednie, widoczne zagrożenie (w końcu choroby, z którymi poradziliśmy sobie w Europie dzięki szczepieniom, nie wydają się nam groźne, bo nie obserwujemy ich ofiar na co dzień)? A może w ogóle wszystko razem?

Zastrzeżenia wobec szczepień mogły się nie zmienić, zmieniły się natomiast media i zasięg propagowania antyszczepionkowych fobii. Ogromną rolę odgrywa telewizja, a szczególnie internet, dzięki czemu dowolne teorie rozprzestrzeniają się błyskawicznie. Specjaliści uważają, że aktywność ruchów antyszczepionkowych nigdy nie wygaśnie i zawsze będą nam one towarzyszyły. W tej sytuacji zadaniem lekarzy i naukowców jest równie intensywne wykorzystywanie nowoczesnych środków masowego przekazu dla popularyzowania prawdziwej, rzetelnej, niezafałszowanej nauki.

Literatura:
1. Kata, A. (2012). Anti-vaccine activists, Web 2.0, and the postmodern paradigm – An overview of tactics and tropes used online by the anti-vaccination movement Vaccine, 30 (25), 3778-3789 DOI: 10.1016/j.vaccine.2011.11.112
2. Jacobson, R., Targonski, P., & Poland, G. (2007). A taxonomy of reasoning flaws in the anti-vaccine movement Vaccine, 25 (16), 3146-3152 DOI: 10.1016/j.vaccine.2007.01.046
3. Blume, S. (2006). Anti-vaccination movements and their interpretations Social Science & Medicine, 62 (3), 628-642 DOI: 10.1016/j.socscimed.2005.06.020
4. Keelan J, Pavri-Garcia V, Tomlinson G, & Wilson K (2007). YouTube as a Source of Information on Immunization: A Content Analysis JAMA: The Journal of the American Medical Association, 298 (21) DOI: 10.1001/jama.298.21.2482
5. Poland GA, & Jacobson RM (2011). The age-old struggle against the antivaccinationists. The New England journal of medicine, 364 (2), 97-9 PMID: 21226573
6. Baker, J. (2003). The pertussis vaccine controversy in Great Britain, 1974–1986 Vaccine, 21 (25-26), 4003-4010 DOI: 10.1016/S0264-410X(03)00302-5

Buszujące w rzęsach

ResearchBlogging.org Ta notka dzisiejsza miała być o czymś innym zgoła. Ale zachwyciło mnie zdjęcie na jednej z fejsbukowych stronek i notka wydała mi się niezłym sposobem na podzielenie się moim zachwytem.

To zdjęcie:

601622_528166127198367_1458645820_n

Wiecie, co ono przedstawia? To dumnie steczące żółte, niewidoczne w całości, to ludzka rzęsa, ewentualnie włosek z brwi albo też włosek, który rośnie w uchu. A te zielone to tylne części ciała roztoczy. Roztoczy, które są tak towarzyskie i tak lubią ludzi, że ich wybranym miejscem bytowania są okolice ludzkiej twarzy, a najczęściej powieki.

W grę wchodzą najprawdopodobniej dwa gatunki: Demodex folliculorum (nużeniec ludzki) [a] i Demodex brevis (choć ten nie ma aż tak silnych preferencji względem twarzy, czyli może sobie bytować na innych częściach ciała również) [b]:

demodex

Są niewielkie, mierzą jakieś 0,1 do 0,4 mm. Zwykle nie wchodzą sobie w drogę i okupują inne części powieki – D. folliculorum żyje w mieszkach włosowych, natomiast D. brevis w gruczołach łojowych, produkujących łój uchodzący do mieszków. Oba gatunki żywią się tymże łojem, a być może też komórkami naskórka powiek. Żyją bardzo krótko, więc muszą żyć intensywnie – ich cykl życiowy to 14-18 dni od stadium jaja do stadium larwy, a potem jeszcze szalone 5 dni w postaci dorosłej (samice mogą jeszcze parę dni dłużej). Rozmnażają się zatem ochoczo, żeby zapewnić nam swoje towarzystwo.

A towarzystwo to jest liczne. Uważa się, że roztocze te są jednym najczęściej spotykanych ektopasożytów ludzkiej skóry (choć istnieją różne zdania na temat, czy faktycznie są one pasożytami, czy może raczej komensalami lub stanowią normalną florę skóry). Kolonizują ludzi niedługo po urodzeniu. Ich obecność notuje się u około 13% dzieci między 3. a 15. rokiem życia, u 69% osób między 31. rokiem a pięćdziesiątką, u 84% osób po sześćdziesiątce, a wszystkie osoby po 70. roku życia są zarażone. Mężczyźni częściej niż kobiety (hojniejsza produkcja gruczołów łojowych zapewnia wdzięczność miłych stworzonek), choć podobno odwrotnie jest u Aborygenów.

Czy obecność Demodex spp. powoduje jakieś choroby? Zdania są podzielone. Na pewno istnieje korelacja między ich obecnością (oraz liczbą) a trądzikiem różowatym, swędzeniem skóry twarzy, wypryskami oraz zapaleniem w obrębie powieki (blepharitis, z objawami takimi jak: “cylindryczny” łupież [a], zaburzenia wzrostu rzęs [b], zapalenie brzegu powieki [d], połączone, przy barku odpowiedniej higieny, z zapaleniem spojówek (blepharoconjunctivitis)) [e]. Towarzyszy temu wszystkiemu swędzenie, zaczerwienienie, uczucie jakby w oku znajdowało się ciało obce, a także nieostre widzenie. Oczywiście nie każda osoba, u której notuje się obecność roztoczy, ma kliniczne objawy zarażenia.

demo1

Czy to znaczy, że to roztocze są czynnikiem etiologicznym blepharitis, nie mówiąc już o innych schorzeniach, o wpływ na które się je podejrzewa (łupież mieszkowy, łysienie czy zapalenie skóry wokół ust)? Na pewno nie spełniają one postulatu Kocha, no ale nie spełnia go i wiele patogenów. Możliwe jest, że roztocze z rodzaju Demodex są jedynie wektorami, czyli na grzebietach swych wiozą chorobotwórcze bakterie (gronkowce, paciorkowce, laseczki Bacillus oleronius - te ostatnie, izolowane z D. folliculorum wiąże się ostatnio z występowaniem trądziku różowatego). Na pewno wiadomo, że obecność roztoczy wyzwala silne reakcje immunologiczne w ludzkim organizmie.

Zarażeniu sprzyja trądzik różowaty, a prawdopodobnie także palenie, stres, nadużywanie alkoholu, nagłe zmiany temperatury. Być może również znaczenie ma higiena – są opinie, że roztocze preferują powieki, bo oczy otoczone są wystającymi częściami twarzy (nos, łuki brwiowe), wskutek czego trudniej jest utrzymać odpowiednią higienę w ich okolicy. Teoria ta nie tłumaczy jednak wielu obserwacji dotyczących cyklu życiowego tych roztoczy.

Diagnozować obecność Demodex spp. można za pomocą badań mikroskopowych (obecność jaj, larw i postaci dorosłych w płatkach łupieżu), stwierdzenia charakterystycznego “cylindrycznego” łupieżu na rzęsach oraz na podstawie wywiadu.

W terapii próbowano stosować: maści z rtęcią, maści z siarką, olejek kamforowy, dezynfekcję z użyciem 75% alkoholu oraz antybiotyki. Nie odnosiło to zwykle nadzwyczajnych rezultatów, co nie znaczy, że zupełnie nie działało. Skuteczny okazał się natomiast, i to zależnie od dawki, olejek z drzewa herbacianego. Olejek ten usuwał łupież, wyższe jego stężenie zabijało roztocza, niższe natomiast hamowało ich cykl życiowy i rozmnażanie. Ponadto znacznie łagodził objawy zarażenia. Specjaliści twierdzą jednak, że skoro objawy chorobowe mogą być skutkiem nie tylko działalności roztoczy, ale i/albo bakterii przez nie przenoszonych, należałoby również rozważyć doustne stosowanie odpowiednich antybiotyków.

A na koniec warto sobie zdać sprawę, że kiedy patrzymy komuś głęboko w oczy i podziwiamy piękne, zalotnie trzepoczące rzęsy, możliwe, że w tej samej chwili machają do nas ogonkami wesołe, buszujące w rzęsach, roztocze. Urocza, nomen omen, wizja.

mabelline

Przy okazji, skoro na początku wspomniałam o fejsbuku, zareklamuję także te stronki: Nauka, głupcze, TAK dla szczepień oraz Sporothrix. Klikajcie i polubiajcie, jeśli macie ochotę.

Literatura:
1. Elston, D. (2010). Demodex mites: Facts and controversies Clinics in Dermatology, 28 (5), 502-504 DOI: 10.1016/j.clindermatol.2010.03.006
2. Liu, J., Sheha, H., & Tseng, S. (2010). Pathogenic role of Demodex mites in blepharitis Current Opinion in Allergy and Clinical Immunology, 10 (5), 505-510 DOI: 10.1097/ACI.0b013e32833df9f4
3. Zdjęcia drugie i trzecie pochodzą z drugiej cytowanej publikacji (można je powiększyć klikając). Zdjęcie makijażu pozwoliłam sobie ukraść ze strony Maybelline.

Wirusowe zapalenia wątroby (część II)

Nowa notka – trochę o fistingu, rimmingu i BDSM, a większość o wirusowych zapaleniach wątroby. Na Homikach.

Niezwykłe przygody ruchów antyszczepionkowych na początku

ResearchBlogging.org
Notka dzisiejsza to fragment rozdziału poświęconego historii ruchów antyszczepionkowych, który ukazał się (nieco zmieniony) w książce Zdrowie. Przewodnik Krytyki Politycznej.

[...]

Ospa prawdziwa i pierwsza fala ruchów antyszczepionkowych

Z niezwykle silną krytyczną reakcją spotkał się Edward Jenner, kiedy wkrótce po jego badaniach nad uodpornieniem ludzi przeciwko ospie rozpoczęto masowe szczepienia. Jenner nie stosował wariolacji, ale wprowadził skuteczniejszą wakcynację, czyli uodpornienie za pomocą zakażenia osoby szczepionej materiałem pobranym ze zmian skórnych osób zainfekowanych krowianką (ospą krowią, od łac. vacca – krowa). Zakażenie takie powodowało stosunkowo łagodną krowiankę u osób szczepionych, a w konsekwencji odporność wobec ospy prawdziwej. W dniu kiedy narodziła się nowoczesna wakcynologia, 14. maja 1796 roku, Jenner zaszczepił trzynastoletniego Jamesa Phippsa, wprowadzając przez nacięcia na ramieniu chłopca materiał zakaźny pobrany ze zmian skórnych na dłoni Sarah Nelmes (Neames), dójki zakażonej krowianką od krowy o imieniu Rosebud. Po zaszczepieniu tym Phipps okazał się odporny na infekcję ospą prawdziwą, a Jenner przewidywał, że systematyczne stosowanie jego preparatu (nazwanego „szczepionką”) spowoduje całkowite usunięcie ospy prawdziwej z powierzchni Ziemi. Jak wiemy obecnie, przewidywania Jennera sprawdziły się dwieście lat później, 9. grudnia 1979 roku, kiedy Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła całą Ziemię miejscem wolnym od tej straszliwej choroby.

Pomysł Jennera stanowił jednak nowość w tamtych czasach i natychmiast spotkał się ze krytyką. Argumenty stosowano różne, od wyrażanych obaw zdrowotno-higieniczno-naukowych, przez religijne, aż do politycznych.

Krytykujący obawiali się, że szczepienie ludzi materiałem odzwierzęcym spowoduje powstanie mieszańców – pół-ludzi, pół-krów. Ilustracje popularne w tamtych czasach złośliwie ukazywały szczepienie jako „cud”, czyli fakt, że z różnych części ciała osób zaszczepionych wyrastają krowie głowy. O szczepionce pisano jak o „potworze z rogami byka, zadem konia, szczękami krakena, zębami i pazurami tygrysa, ogonem krowy oraz wszystkimi potwornościami puszki Pandory w brzuchu.” Potwór ten, niosący „wszelkie choroby, ból i śmierć”, miał „pożreć ludzkość, a szczególnie biedne, bezradne niemowlęta.”

Rodzice obawiali się o zdrowie dzieci, sporą nieufnością darząc dość nieestetycznie i niebezpiecznie wyglądającą metodę wakcynacji. Wprowadzanie bowiem do ran na skórze płynu ze zmian poszczepiennych innych ludzi, którym podano szczepionkę parę dni wcześniej (metoda „arm-to-arm”), było w ich oczach traktowaniem dzieci nie tylko jako przyjmujących szczepionkę, ale i jak inkubatory materiału szczepionkowego. Obawiano się także przenoszenia w ten sposób innych chorób, takich jak kiła, rak czy schorzenia psychiczne. 

Rodzice martwili się również, że wprowadzanie do organizmu ich dzieci materiału pochodzenia zwierzęcego może spowodować infekcję odzwierzęcą, co negatywnie wpłynie na fizyczne i duchowe zdrowie potomstwa. Duchowni natomiast patrzyli na  kwestię materiału od zwierząt od innej strony, uważając takie szczepienia za niechrześcijańskie. Oponenci szczepień twierdzili też, że są one „znakiem bestii”.

Wielu krytykujących nie ufało po prostu medycynie, nauce i naukowcom ówczesnym, włączając w to Jennera i jego teorie o przyczynie ospy. Część z nich twierdziła na przykład, że choroba bierze się z gnijącej materii, w związku z tym trudno, żeby szczepionka była skuteczna.

Najsilniejszy jednak opór przeciw szczepieniom powodowało postrzeganie ich jako zamachu na wolność i prawa mieszkańców Wielkiej Brytanii oraz jako zbyt głęboko idącą interwencję rządu w życie ludzi. W 1840 roku wprowadzono Vaccination Act, który zapewniał darmową wakcynację ubogim. W 1853 roku w ramach Vaccination Act zadekretowano obowiązek zaszczepienia wszystkich dzieci przed ukończeniem trzeciego miesiąca życia oraz przewidziano kary więzienia lub kary pieniężne dla rodziców niewypełniających tego obowiązku. Następnie w 1867 roku rozszerzono obowiązek zaszczepienia przeciw ospie na wszystkie dzieci do 14. roku życia oraz podtrzymano kwestię kar. Spowodowało to bardzo duży negatywny oddźwięk w społeczeństwie, budząc niechęć wobec wprowadzanych przepisów, które, jak sądzono, stanowią zagrożenie dla praw obywatelskich. Bunty rozpoczęły się już w 1853 r., mieszkańcy protestowali w Ipswich, Henley, Mitford oraz innych miastach. W Londynie powstała Anti-Vaccination League, a powołana w 1867 r. Anti-Compulsory Vaccination League ogłosiła manifest przeciw obowiązkowym szczepieniom, zarzucając rządowi pogwałcenie praw i wolności obywateli, w tym prawa do wyboru i do ochrony własnych dzieci. W latach 1870-1880 ukazało się wiele książek oraz czasopism, w tym Anti-Vaccinator czy Vaccination Inquirer, szerzących antyszczepionkowe poglądy. 

Sprzeciw wobec szczepień nasilał się. W 1885 tłumy ludzi wyszły na ulice w Leicester. Manifestujący nieśli transparenty z antyszczepionkowymi sloganami, trumnę dziecka oraz spalili kukłę Jennera. Po tym wydarzeniu władze postanowiły wysłuchać argumentów antyszczepionkowców, biorąc także pod uwagę zdanie pro-szczepionkowców. Powołana specjalna komisja obradowała siedem lat. Następnie wydała oświadczenie, mówiące o tym, że szczepionka w istocie chroni przed ospą, ale kary dla rodziców nieszczepiących dzieci powinny być zniesione. Stanowił o tym nowy Vaccination Act (1898 r.), wprowadzając jednocześnie do angielskiego prawa kwestię „sprzeciwu sumienia” i pozwalając rodzicom niechcącym poddawać dzieci wakcynacji na uzyskanie zwolnienia z tego obowiązku.

[...]

Pod koniec dziewiętnastego wieku aktywność ruchów antyszczepionkowych wzrosła także w Stanach Zjednoczonych. W latach siedemdziesiątych XIX w. kraj ten nękała epidemia ospy prawdziwej. Spowodowało to wprowadzenie obowiązkowych szczepień,  a co za tym szło – powstanie sprzeciwu wobec nich. W 1879 roku powołano Anti-Vaccination Society of America, a potem podobne stowarzyszenia w Nowej Anglii i w Nowym Jorku. Walcząc na wielu frontach organizacje te doprowadziły do zniesienia obowiązku szczepień w stanach: Kalifornia, Illinois, Indiana, Minnesota, Zachodnia Wirginia i Wisconsin. 

W latach 1901-1903 miejsce miała epidemia ospy prawdziwej w Bostonie i jego okolicach. Bostońska Board of Health rozpoczęła batalię o opanowanie epidemii. Początkowo zarządzono szczepienia dla ochotników, ale powiększająca się liczba chorych sprawiła, że wprowadzono obowiązkowe szczepienia dla wszystkich, w dodatku metodą „house-to-house”, czyli wysyłając lekarzy do domów ludzi mieszkających w dzielnicach miasta o największej liczbie chorych. Naturalnie, natychmiast odezwały się ruchy antyszczepionkowe. Kwestionowały one bezpieczeństwo i skuteczność szczepionki, a także głosiły, że obowiązkowe szczepienia gwałcą swobody obywatelskie. Ich przedstawiciele chcieli również zmienić prawo i zdelegalizować obowiązek szczepień. Nie udało im się to.

Ze względu na to, że w trakcie epidemii znaleziono kozła ofiarnego – bezdomnych, których oskarżono o roznoszenie ospy, Board of Health powołała też specjalne „virus squads”. Ich zadaniem było przymusowe szczepienie tych właśnie ludzi. Niejednokrotnie odbywało się to z użyciem przemocy ze strony policji.

Znaczącym wydarzeniem batalii przeciw ospie prawdziwej była sprawa Henninga Jacobsona, mieszkańca Cambridge w stanie Massachusetts. Jacobson odmówił obowiązkowego szczepienia, twierdząc, że godzi to w jego prawo do dbania o własne ciało w taki sposób, jaki sam uzna za stosowny. Sprawa oparła się o Sąd Najwyższy, który orzekł – po raz pierwszy w historii prawa dotyczącego zdrowia publicznego – że stan ma prawo zarządzić obowiązkowe szczepienia, aby chronić ogół obywateli przez chorobami zakaźnymi.

W 1901 roku przewodniczący bostońskiej Board of Health, doktor Samuel Holmes Durgin, ogłosił konkurs dla antyszczepionkowców. Aby udowodnili, że faktycznie wierzą w bezwartościowość szczepionek, zachęcił ich do wizyty w szpitalu pełnym chorych na ospę. Oczywiście test miał dotyczyć tylko tych, którzy nie szczepili się uprzednio. Wyzwanie podjął doktor Immanuel Pffeifer, duński imigrant, zwolennik leczenia głodem oraz hipnozą, a także wyznawca teorii, że ludzie cieszący się dobrym zdrowiem nie zapadają na ospę. Złożył wizytę w szpitalu i widział się z około setką chorych. Po kilkunastu dniach znaleziono go, bardzo ciężko chorego, w domu. Ospę przeżył, ale Durgin triumfował, a prasa wieszczyła nauczkę dla antyszczepionkowców.

Nic takiego nie miało jednak miejsca. Ruchy antyszczepionkowe odcięły się od poglądów Pffeifera, krytykując jego ryzykanckie postępowanie. Po wygaśnięciu epidemii w marcu 1901 roku, i między tym rokiem a rokiem 1934, kiedy to zanotowano ostatni przypadek ospy w Bostonie, ruchy antyszczepionkowe działały aktywnie cały czas. Na skutek tej działalności nie udało się rozszerzyć obowiązku szczepień na dzieci uczęszczające do prywatnych szkół.

[...]

Ciąg dalszy nastąpił.

Literatura:
1. Wolfe RM, & Sharp LK (2002). Anti-vaccinationists past and present. BMJ (Clinical research ed.), 325 (7361), 430-2 PMID: 12193361
2. Spier, R. (2001). Perception of risk of vaccine adverse events: a historical perspective Vaccine, 20 DOI: 10.1016/S0264-410X(01)00306-1
3. ANDRE, F. (2003). Vaccinology: past achievements, present roadblocks and future promises Vaccine, 21 (7-8), 593-595 DOI: 10.1016/S0264-410X(02)00702-8
4. Porter D, & Porter R (1988). The politics of prevention: anti-vaccinationism and public health in nineteenth-century England. Medical history, 32 (3), 231-52 PMID: 3063903
5. Beck, A. (2012). ISSUES IN THE ANTI-VACCINATION MOVEMENT IN ENGLAND Medical History, 4 (04), 310-321 DOI: 10.1017/S0025727300025643
6. Albert MR, Ostheimer KG, & Breman JG (2001). The last smallpox epidemic in Boston and the vaccination controversy, 1901-1903. The New England journal of medicine, 344 (5), 375-9 PMID: 11172172

Pogromcy Mitów Medycznych – część III

UWAGA – NOTKA SPONSOROWANA

Część III i ostatnia, jak sądzę. Czas na podsumowanie. A podsumowanie chyba dałoby się zawrzeć w zwięzłym – miało być dobrze, a wyszło jak zwykle.

Niestety. Pomysł, jakkolwiek nieoryginalny, był w ogóle dobry. Strona po polsku, z debunkowaniem pseudomedycznych i pseudonaukowych bzdur, niewątpliwie jest potrzebna i bardzo by się przydała. Zawiodło jednak wykonanie, czego głównej przyczyny upatrywałabym w źle działającej (czy nawet w dużym stopniu niedziałającej wcale) moderacji i administracji.

Ideą portalu miała być obecność i aktywność internautów. Należy wziąć pod uwagę jednak, że ludzie poszukujący wiedzy w internecie i trafiający na portal PMM nie zaczynają od czytania regulaminu. Obce im będą więc założenia, że każdy użytkownik ma prawo wypowiedzieć swoją opinię, niezależnie od tego, jaka ona jest i że za samą aktywność (a nie jej jakość) przyznawane są nagrody. W związku z tym komuś nowemu trudno będzie ocenić, czy dany ekspert jest faktycznie ekspertem, czy też może dostał tę etykietkę za wrzucenie coś z setki bzdurnych czasem komentarzy. Ktoś nowy nie zauważy w ogóle, że w zasadzie należałoby czytać tylko same podsumowania dyskusji, czyli te fragmenty na pomarańczowym tle, tym bardziej, że – co już zauważałam – “odgórni” eksperci portalu nie przemęczają się zanadto i ich własnych ocen mitów (potwierdzeń i obaleń) jest bardzo niewiele.

Innymi słowy, ktoś, kto zaglada na PMM, znajdzie mnóstwo wpisanych mitów, pytań i zagadnień nurtujących internautów, zaskakujące nieco informacje w artykułach oraz pseudodowcipne i przez swoją swobodę mogące wprowadzać w błąd wypowiedzi ekspertów portalu na blogu. A jeśli zechce nadal przebijać się przez to wszystko celem znalezienia jakiejś dawki wiedzy, napotka wypowiedzi osób podających się za pracowników służby zdrowia, ewentualnie związanych z nauką, często z odznakami super-ekspertów, wrzucających linki na poparcie swych tez.

O, takie jak w wątku o lewatywie na przykład.

Jeśli jest to trolling altmedowców, to gratulacje – udany. Jeśli nawet nie, to i tak wygląda na to, że strona PMM, zamiast propagować naukę i wiedzę, stała się tubą pseudonauki oraz zbiorem łatwo dostępnych linków do oszołomskich stron.

Jeden z czytelników zapytał mnie przy okazji poprzedniej notki, jaką ocenę dałabym PMM. Jako wredny belfer chciałam odpowiedzieć od razu – trzy z dwoma. Za pomysł. Jednak po przeczytaniu wyżej wspomnianej wymiany informacji o lewatywie ocena ta wydaje mi się zbyt łagodną.

Szkoda w sumie.

Post Navigation

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 533 other followers