Denial

Ten film trzeba zobaczyć. Nie tylko dlatego, że Holocaust, bo to nie jest film o Holocauście. Naturalnie wszystko się wokół Holocaustu obraca, i choć jeden z bohaterów w pewnym momencie mówi ze znużeniem, że przecież istnieją inne ważne rzeczy, a wszyscy doskonale wiedzą, czym była Zagłada, więc po co to robić, to jednak – zwłaszcza kiedy poczyta się komentarze na temat filmu (nie róbcie tego, można powyrywać sobie ostatnie resztki uwłosienia… zresztą czytajcie, bo i tak brudna morda nacjonalizmu podnosi się i w tym kraju, gdzie niby wszystko wiadomo, więc komentarze nie powinny specjalnie zaskoczyć) – widać wyraźnie, że dobrze, że przypomnimy o Holocauście. Bo Holocaust miał miejsce. I w Oświęcimiu były komory gazowe. I systematycznie wymordowano tam mnóstwo ludzi. To wszystko miało miejsce. Prawda pozostaje prawdą, niezależnie od różnych opinii na jej temat. Tak jak istniało niewolnictwo. Tak jak Elvis is dead. Tak jak witamina C nie leczy z raka, organizmy GMO nie są zagrożeniem, globalne ocieplenie jest faktem, a szczepionki uratowały i ratują zdrowie i życie milionów ludzi.

Ten film trzeba zobaczyć, bo to jest film o denializmach. Nie tylko tym jednym, reprezentowanym i prezentowanym przez Davida Irvinga – pseudonaukowca, samozwańczego „historyka”, aspirującego do bycia rzetelnym znawcą historii Hitlera, a w rzeczywistości zwykłego pisarzyny o rasistowskich, antysemickich i na dobitkę seksistowskich przekonaniach. To on jest głównym bohaterem, to jego analizują twórcy filmu, ale jednocześnie pokazują, że problem nie jest ograniczony li i jedynie do niego. Gdyż albowiem żyjemy w epoce zaprzeczania. Opinie są równe faktom. Prawda jest płynna. Media są pełne prawdopośrodkizmu: prawda leży według nich pośrodku, a nie tam, gdzie leży. Do medialnych debat zapraszani są wybitni specjaliści w danej dziedzinie i ludzie, którzy o temacie nie mają pojęcia, i każe im się dyskutować ze sobą. Specjalistom unikającym tego typu sytuacji zarzuca się tchórzostwo, podejście niedemokratyczne (co słyszy Deborah Lipstadt), a także stalinowską cenzurę, brak serca i faszystowskie metody (co z kolei zdarza się słyszeć popularyzatorom nauki, piszącym chociażby o szczepionkach). Każdy, kto mówi, że: nie, opinie nie są równe faktom, nie, nie możesz polemizować z faktami, nie, nie każda opinia ma wartość i się liczy, nie jest traktowany życzliwie, ani przez media, w ich pędzie do demokratycznego dawania głosu i jednej i drugiej stronie, ani też przez „samouków”, którzy uważają, że godzinny kurs na Uniwersytecie im. Youtube’a wystarczy do podważenia wiedzy żmudnie zbieranej przez naukowców przez dziesięciolecia. Nawet i twórcy filmu, skądinąd fantastycznie pokazujący mechanizmy denializmu, sami trochę wpadają w pułapkę prawdopośrodkizmu. Jeszcze przed obejrzeniem filmu, kiedy rzucamy okiem i uchem na trailer czy featurette, słyszymy słowa „historyk” czy „kontrowersyjny” w stosunku do Irvinga – kontrowersyjne to sobie mogą być moje gusta muzyczne, a nie rasizm czy antysemityzm – oraz widzimy śliczną scenę z udziałem Irvinga zestawionego z hajlującymi neonazistami. Ot, miły starszy pan, który, traf chciał, nieco kontrowersyjnie wybiela Hitlera oraz twierdzi, że no cóż, kontrowersyjny raport Leuchtera przekonał go, że komór gazowych w obozach nie było, ale przecież ogólnie co złego, to nie on. „Nie jestem rasistą” mówi Irving, wyglądający na przerażonego krzyczącymi w tle skinheadami, jakby nie mógł uwierzyć, że jego niewinne poglądy mogą podzielać tacy kontrowersyjni i niesympatyczni ludzie, i do czego to w ogóle doprowadziło, a on wcale nie chciał. Wymowa tej sceny, sprytnie zmontowanej w trailerze, jest tak silna, że kompletnie zaprzecza faktom (oraz temu, co uczciwie pokazane jest w filmie) – że Irving gościł i przemawiał na nazistowskich wiecach i że generalnie ci mili łysi panowie ze swastykami i on – to przejawy tego samego. O, mam pretensję do osób, które stworzyły trailer (oraz zatwierdziły jego montaż). Złożę ją jednak na karb podejścia czekającej na film z utęsknieniem fanki, która śni o ideale, a widząc rysy na tymże popada w otchłań rozpaczy…

Zatem zapominam i wygrzebuję się z otchłani. To są drobiazgi. Ten film powinno się obejrzeć, bo nie dość, że precyzyjnie i ostro ukazuje epokę denializmu, to jeszcze próbuje pokazywać jego mechanizmy. Deborah Lipstadt mówi bezceremonialnie na swoim wykładzie: to, że ktoś zaprzecza oczywistym faktom, to nie tylko jego pogląd (rozważanie, którym twórcy filmu błyskotliwie zamykają cały proces, wkładając je w usta sędziego Graya), ale oznacza to, że ktoś musi mieć z daną kwestią zasadniczy problem. To nie poglądy powodują, że Irving jest antysemitą. Odwrotnie, Irving jest antysemitą i rasistą, a będąc nim sprzedaje swoje poglądy ludziom, którzy chcą w nie wierzyć. Och, jakże ślicznie mechanizm ten ukazany jest w filmie. I jakże doskonale widać, że takiego kogoś nie da się przekonać do zmiany zdania. Żeby stawać na rzęsach i nawet klaskać uszami – nie. Nic nie zmieni stanowiska fanatycznego rewizjonisty. Czy zapamiętałego w swej polemiczności antywacka, na ten przykład. Przyznam, że początkowo wzdrygnęłam się nieco, słuchając tych słów padających z ust bohaterki. Że jakieś one takie oceniające i osądzające, to raz, a dwa – no że smutne to w sumie. Jednakowoż, to jest prawda, a prawda nas wyzwoli, oraz, jak mówi w filmie Anthony Julius, jest jedyną sensowną strategią, i nie ma co płakać.

Mały disklajmer – jakby ktoś zapytał, czy widzę różnice w sytuacji Irvinga i w zjawisku antywackowego trollingu internetowego, i jak w ogóle można to porównywać – tak, widzę i nie, nie porównuję. Widzę tylko podobne mechanizmy, co jest zresztą źródłem mojego nieustającego od paru dni zachwytu nad Denial. I przyczyną, dla której każdy powinien zobaczyć ten film, szczególnie osoba/osoby, które mniej lub bardziej amatorsko zajmują się popularyzowaniem nauki i debunkowaniem pseudonauki.

Bo pseudonaukowy trolling właśnie. Tak, taki zwyczajny, jaki widuję częściej czy rzadziej tu na blogasku czy na fejsbukowych popularnonaukowych stronkach. I tak, pokazany jest on znakomicie na przykładzie Irvinga, który przerywa wykład Lipstadt gówniarskim domaganiem się uwagi oraz personalnymi wycieczkami. Który stosuje idiotyczne sztuczki – jarmarczne, jak określa je Anthony Julius, prawnik Lipstadt, nalegając na to, aby ich strona nie zniżała się do tego poziomu – klasyczny cherry picking (no holes), omijanie niewygodnych szczegółów (keine liquidierung), wyśmiewanie przeciwnika, szczególnie kiedy ten prosi o dowody, stosowanie argumentów z autorytetu, odwoływanie się do współczucia tłumu (Dawid i Goliat), chamskie zaczepki o charakterze finansowym (kto ci za to płaci?), ordynarne kłamanie oraz odkręcanie kota ogonem (to kto w końcu wygrał ten proces?). Ach, doprawdy człowiek czuje się nadzwyczaj swojsko obserwując perorującego Irvinga. Oraz ogarnia go smutek, że jest aż tak widoczne, a mimo to aż tak skuteczne.

Zatem, skoro nie powinniśmy zniżać się do poziomu pseudonaukowca, co pozostaje nam, ludziom w jakimś tam małym zakresie walczącym z pseudonauką? Otóż film, który każda/każdy z nas powinna/powinien zobaczyć podpowiada nam strategię postępowania. Ba, podpowiada nam nawet trzy. (Chyba nie dość wyraźnie wspominałam dotąd, że kocham Denial. To wspominam wyraźnie.).

Strategia numer jeden to strategia Deborah. Wojownicza wojowniczka na wojowniczym rumaku, wymieniająca porozumiewawcze a wojownicze spojrzenia z Boadiceą. Ma rację oczywiście. I z tą racją na ustach rzuca się w bój, bez pomyślunku, wierząc naiwnie i gorąco, że przekona każdego. „Ludzie, ja tu wam mówię, że szczepionki działają. Musicie mnie posłuchać? No jak to nie słuchacie? Jak może to was nie obchodzić?”

tumblr_nlj7palcb41qfcx4to4_r1_250 tumblr_nlj7palcb41qfcx4to2_r1_250 tumblr_nlj7palcb41qfcx4to3_250

Jak? Tu na pomoc wołamy niezrównanego Joeya (jak nie trawię Przyjaciół, tak Joey potrafi rozświetlić smętny dzień): tak właśnie, jak na powyższym gif-secie. Gdyż metoda Deborah jest bardzo amerykańska, bardzo uczciwa i bardzo „do boju!”. Zalety – nikt ci nie zarzuci tchórzostwa, spokojnie możesz patrzeć sobie w oczy w lusterku każdego dnia. Wady – nie działa. Nikt cię nie posłucha, Joey ma rację, zwłaszcza kiedy nieunikniona frustracja doprowadzi cię do zniżenia się do poziomu przeciwnika (epitety, argumenty as personam występują niestety często po stronie pronaukowej). Nikt nie będzie cię słuchał, w dodatku zarzuci ci emocjonalność, niezrównoważenie oraz bezsensowne produkowanie się w nie wiadomo jakim celu.

Metodę drugą nazwałabym „metodą Deborah po ogarnięciu się”. Lipstadt, po przyjęciu do wiadomości tego, co wyżej,  zmuszona jest przez prawników zmienić strategię, wybiera więc następującą: żadnej emocjonalności, same gołe fakty. Innymi słowy, zarzućmy przeciwnika wiedzą i prawdą. Przedstawmy tę prawdę, pokażmy twarde dowody. Wezwijmy świadków na poparcie naszych słów. Deborah nie rozumie jednak, że może nieintencjonalnie zaszkodzić tym świadkom. Nie rozumie tego i nie widzi chyba do samego końca, Anthony Julius musi jej to tłumaczyć dwa razy, a w końcu i tak podejmuje decyzję za nią. Na szczęście, bo Deborah w szlachetnym zapamiętaniu nie zauważa, że jej dobre intencje wybrukują piekło innym ludziom. Naturalnie, zaznaczmy tu od razu, opisywane zdarzenia, z występującym znacząco czynnikiem ludzkim w postaci świadków Zagłady, to dość specyficzna sytuacja. Można ją jednak uogólnić. Metoda walki z pseudonauką za pomocą wiedzy, prawdy oraz udokumentowanych świadectw (np. w postaci peer-reviewed papers) jest niewątpliwie szlachetna i najlepsza. Tchórzem i tak cię co prawda nazwą, bo nie chcesz dyskutować, tylko arogancko i z wyższością rzucasz faktami, ale we własnym sumieniu czujesz zadowolenie z dobrze wykonanej roboty. Uważaj jednak, jak mówi Richard Rampton, nie zawsze to, co najlepsze, wygrywa. Bo to nie jest metoda wygrywająca. Specjaliści także się mylą, naukowcy-specjaliści w danej dziedzinie nie zawsze są dobrzy w opowiadaniu o nauce: wchodzą w za dużo szczegółów, nigdy nie mówią, że coś się działa, tylko że raczej działa na 97,8% i to w takich, a takich okolicznościach. Wszystko to natychmiast zostanie wykorzystane przez denialistów. W tę pułapkę wpada profesor van Pelt. I pułapka ta przewidziana jest przez Anthony’ego Juliusa – prezentując swoją wiedzę legitymizujesz jej podważanie. Zatem przegrasz, bo podważanie jest łatwe, nie trzeba doń dowodów, wystarczy głośno krzyczeć, że szczepionki powodują autyzm; jest też atrakcyjne dla obserwatorów, bo nikt nie lubi mądrzącego się jajogłowego profesorka.

Dochodzimy zatem do metody trzeciej, metody prawników Lipstadt: Juliusa i Ramptona. Przygotowując materiały do procesu przyjęli oni następującą strategię – nie mówimy o tym, że Zagłada miała miejsce, nie dopuszczamy do głosu tych, którzy przeżyli, nie przenosimy walki na nasze podwórko. Za to zrzucamy ją na przeciwnika, to on się musi bronić (prawnicza zasada, o której mówi team Juliusa: nieważne, czy formalnie bronisz, czy oskarżasz, zawsze oskarżaj). W końcu zarzucił nam, że go oczerniamy. Zatem zmuśmy go do tego, aby pomógł nam udowodnić, że to nie były oszczerstwa. Innymi słowy, pokażmy przy jego wydatnej pomocy, że to on świadomie kłamie, że falsyfikuje historię, że zakłamuje naukę, że propaguje pseudonaukę. Zmuśmy go do tego, aby sam sobie wykopał dołek, a potem weń wpadł na własne życzenie. Jest to niewątpliwie strategia wygrywająca, jeżeli uda ci się ją poprawnie przeprowadzić. Należy jednak pamiętać, że wymaga ona dużej wiedzy, znacznie większej niż ta do zacytowania paru artykułów naukowych (jak metoda druga). Wymaga żmudnej pracy, być może niemal zawsze zespołowej, bo nikt nie jest specjalistą we wszystkim. Strategia ta możliwa jest do zastosowania tylko przez ludzi wykształconych w danej dziedzinie, mających odpowiedni background. Same dobre intencje plus nawet oczytanie nie wystarczają. Przykre, ale boleśnie prawdziwe: nawet jeśli jesteś entuzjastą biologii i szczepionek, i nawet jeśli wiesz na ich temat sporo, a nie masz systematycznego wykształcenia – przegrasz. Prędzej czy później dasz się złapać na jakimś oczywistym drobiazgu, którego uczą studentów I roku, co pociągnie za sobą podważenie tego, o czym mówisz, oraz całej twojej wiedzy w ogólności.

Tak sobie myślę – niczym Katon powtarzając, że film wart jest obejrzenia – że wart był między innymi dlatego, że sprowokował mnie do zadania samej sobie pytania: która strategia zatem, jeśli w ogóle którakolwiek? W której się odnajduję, którą stosowałam w przeszłości i czy mi z tego powodu nieswojo? Czy strategia, którą nazywam wygrywającą, jest w ogóle możliwa do zastosowania? W moim przypadku? A czy jest etyczna? Spojrzę sobie w oczy?

I już wiem.

A wy?

A poza tym wszystkim to jest bardzo śliczny film. Bardzo spokojny, elegancki, grzeczny i angielski w swej wymowie. Nieco łopatologicznie co prawda tłumaczy różnicę między brytyjskim a amerykańskim systemem prawnym (solicitor a barrister, zasady English libel law), ale to się przydaje do zrozumienia strategii, którą przyjęli prawnicy Lipstadt. Smutno i ładnie pokazany jest Oświęcim, ale bez nadmiernej czułostkowości. Trudno oceniać czasem, mnie przynajmniej, kreacje aktorskie, kiedy portretowane postaci żyją i konsultowano się z nimi przy powstawaniu filmu, bo z góry zakładam, że ukazane są dobrze (twórcy w pierwszej kolejności dziękują Anthony’emu Juliusowi, a wspólne wywiady z Deborah Lipstadt i Rachel Weisz uroczo pokazują, jak obie są do siebie podobne w sposobie zachowania. To znaczy są ogólnie totalnie niepodobne, ale jednocześnie podobne, jeśli chodzi o bycie Deborah Lipstadt, rozumiecie, co mam na myśli. Lipstadt zresztą uczestniczyła w kampanii reklamowej i premierowych pokazach filmu, i generalnie przyznawała, że to właśnie wtenczas się zdarzyło. Nie wspominając już o tym, że słowa padające w sądzie są dosłownymi cytatami z procesu.). Co oczywiście nie zmienia zupełnie faktu, że na aktorów patrzy się z przyjemnością, nie tylko tych w głównych rolach, bo to zachwyt, oczarowanie, klasa i najwyższa jakość, ale i tych w drobniejszych. Postaci portretowane są subtelnie, „nasi” są dobrzy, ale nie w oczywisty sposób, „oni” są pokazywani czasem w nadmiernie wykrzywionym świetle (sceny w domu Irvinga), ale nie jest to wbijane łopatą do głowy. Zresztą, jak pisałam, wrażenie łagodzi trailer, ponadto nie trzeba się specjalnie wysilać, aby w złym świetle pokazać Irvinga, on radzi z tym sobie doskonale sam (szokujący wierszyk dla córeczki; „Trump jaki, czy co” przy okazji opowiadania prasie o pomocach domowych).

Absolutnie fascynujące było jednak dla mnie obserwowanie rozwoju sytuacji, tego, jak pracują prawnicy przy takim procesie, jak żmudna jest to praca, i jak oddanym jej trzeba być. Team Anthony Julius – Richard Rampton jest nie do pobicia, a na ich wzajemne zaufanie (o matko, jakżeż ogromne) oraz na przyjętą opcję dobry policjant/zły policjant – modyfikowaną niewątpliwie w zależności od klienta – patrzyłam zupełnie zaczarowana. Julius jest tym złym, chłodnym, nieemocjonalnym, dominującym. On niczego nie tłumaczy Lipstadt, on wydaje polecenia, ma po prostu tak być, jak on mówi, bo on zwyczajnie wie lepiej. Swoją drogą, cudownie popatrzeć na tak inteligentną osobę na ekranie. Nie zwyczajnie inteligentną, tak normalnie, średnio, ale inteligentną wybitnie, z umysłem ostrym i precyzyjnym jak skalpel, brzytwa i szklany nóż do mikrotomu w jednym. Ten człowiek podczas procesu celowo, ściśle i drobiazgowo robi tylko te rzeczy, które przyniosą mu wygraną, wszystko jest idealnie zaplanowane i podporządkowane temu celowi. Króciutka scena zastawienia pułapki na Irvinga, pułapki, która zapoczątkowała upadek tegoż i przegraną w procesie, jest tak doskonała, że w kinie zamierają nawet oddechy (a po niej słyszałam oklaski, co jakby nie zdarza się w takim przybytku zbyt często). Podczas spotkania z Lipstadt członkowie społeczności żydowskiej w Londynie wyzłośliwiają się nad Juliusem, śmiejąc się, że wiele kobiet (włączając w to księżną Dianę) pociągał jego intelekt. Oh man, ja się dziwię, że na niego nie leciało wszystko, co ma choć dwa neurony w mózgu. A dwie sceny, kiedy broni ocalonych z Zagłady przed Lipstadt, choć teoretycznie to ona stoi po ich stronie i ona ich reprezentuje? Okazuje się, że jednak nie, że jednak on ma rację, w dodatku Lipstadt (oraz widz) dostaje znakomitą lekcję: chcesz działać, walczyć? To rób to z głową, a nie emocjonalnie i głupio. Bo przegrasz i ty, i ci, którzy ci zaufali. To jest tak cudownie doskonałe i poruszające, że dosłownie zapiera dech w piersiach (i trzeba to zobaczyć na własne oczy, jak i cały film oczywiście – czy podkreślałam to już wystarczająco?).

Z drugiej strony mamy dobrego policjanta, Richarda Ramptona. Starszego, misiowatego, cichego, lubiącego wino, sympatycznego. Zachowującego pamiątkę z Oświęcimia. Uspokajającego, tonującego nastroje. To on (bez wątpliwości w porozumieniu z Juliusem) przekonuje Lipstadt, że powinna zamknąć dziób, zleźć ze swojego wojowniczego konika i pozwolić działać prawnikom. Odnosi sukces, klientka pozwala, i dzięki temu wygrywa rozprawę. Zachwycająca dynamika tych dwu postaci, duetu: Julius-mózg operacji i Rampton-wykonanie, jest czymś, co stanowi oś procesu i oś filmu. Mam wrażenie, że między innymi dlatego udało im się dobrać tak znakomity zespół do pracy przy procesie Lipstadt: po prostu swoim intelektem i strategią oczarowywali stopniowo i profesorów, i studentów.

I tak sobie myślę na koniec – szykując się na kolejny seans, bo przecież widziałam film stanowczo za mało razy – czy z tego także wynika jakaś nauka dla mnie? I w ogóle dla debunkujących pseudonaukę, szczególnie w dzisiejszych czasach? Teamwork może? Kij i marchewka, czyli podstęp i prawda? Zły policjant/dobry policjant? Wygrywająca strategia, czyli która? Tak na oko, to wydaje mi się, że potrzebujemy po prostu Anthony’ego Juliusa. Ktoś wie, ile on bierze za konsultacje?

*Denial (2016). Reżyseria: Mick Jackson. Premiera: TIFF, wrzesień 2016*

 

Reklamy

21 uwag do wpisu “Denial

  1. No wlasnie, jedyna strategia wygrywajaca jest trzecia. Ale roboty przy tym tyle, ze usypałoby się z gorka 2 etaty.
    Ja przyznam sie w wiekszosci dyskusji nie biore juz nawet udzialu bo wiem, ze nie mam szans. I to jest wlasnie smutne.
    Na szeroka skale zrobic sie tego nie da. Bez edukacji od poziomu primary, gdzie tępi się idiotyzmy w zarodku – a nie pozwala nauczac jakichs kreacjonizmow, homeopatii i podobnych bzdetow – nie da rady. Bez uczenia od malego, na czym wlasciwie polega metodologia science, bez uczenia krytycznego myslenia – nie da rady.
    Smutne to :-/

  2. „Przykre, ale boleśnie prawdziwe: nawet jeśli jesteś entuzjastą biologii i szczepionek, i nawet jeśli wiesz na ich temat sporo, a nie masz systematycznego wykształcenia – przegrasz. Prędzej czy później dasz się złapać na jakimś oczywistym drobiazgu, którego uczą studentów I roku, co pociągnie za sobą podważenie tego, o czym mówisz, oraz całej twojej wiedzy w ogólności” – o, to o mnie :)

  3. „nie, opinie nie są równe faktom, nie, nie możesz polemizować z faktami, nie, nie każda opinia ma wartość i się liczy” – kondensat geniuszu :D

  4. Co do metody trzeciej, to już od dawna się zastanawiam żeby na przykład zwolenników homeopatii informować, że Hahnemann był masonem. Nie miałem okazji spróbować, ale na niektórych powinno podziałać. Czy to etyczne? To przecież prawda, więc czemu nie miałoby być etyczne?

  5. skoro o nazistach to ja będę NAZI GRAMMAR (ogólnie to bardzo lubię Pani teksty,a to tak bo mam dziś zły dzień – a nie mam podstaw do uwag merytorycznych):

    „ale jednocześnie pokazują, że problem nie jest ograniczony li i jedynie do niego. Gdyż albowiem żyjemy w epoce zaprzeczania.”

    Związek frazeologiczny chyba jest „li tylko” po co tam jest to i
    Gdyż albowiem – az chrzęszczy w zębach – albo wiem albo nie wiem, że są to wyrazy bliskoznaczne (nie wspominając, że raczej „gdyż” sugeruje zdanie podrzędne i zwykle poprzedza go przecinek

  6. @ pkrzysciak

    Hihi. Skoro lubisz moje teksty, to powinieneś zauważyć, że tego typu sformułowania (te oraz inne) występują u mnie dość często. Co nasuwa wniosek, że sa używane intencjonalnie (niektóre z nich pochodzą nawet z mniej lub bardziej znaczących dzieł literackich, i na stałe weszły do mojego języka). Wniosek ten jest poprawny. Zatem, jeśli chcesz czytać i lubić dalej – musisz się przyzwyczaić, bo ja na pewno będę kontynuować :P

  7. @ cmos
    Adpersona? Nie ma jakby nic wspólnego z tematem dyskusji, tj. homeopatią?
    A tak już obok zupełnie – nie wiesz, jak zadziała (w sensie, czy to będzie negatyw czy może pozytyw) :)

  8. Jeśli chodzi o strategie komunikacji, ale stosowane przez koncerny „spod ciemnej gwiazdy”, to dotychczas za najwartościowszy uważam film „Dziękujemy za palenie”. Więcej warty niż moje studia (PR).

  9. @zaciekawiony
    Film? W Stanach w kinach powszechnie od 21 października. IMDB podaje, że w Wielkiej Brytanii od lutego 2017. W Polsce? Nie ma info. Na DVD – też nie widziałam informacji. Może na jakichś FilmWebach czy tym podobnych stronach uda się znaleźć, jeśli nie teraz, to za jakiś czas.

  10. @PPaweł
    Weź no doprawdy. Serio myślisz, że po twoich chamskich zaczepkach twoje komcie będą publikowane? Zabawne, jaki tupet można mieć. Żegnam.

  11. „Przykre, ale boleśnie prawdziwe: nawet jeśli jesteś entuzjastą biologii i szczepionek, i nawet jeśli wiesz na ich temat sporo, a nie masz systematycznego wykształcenia – przegrasz. Prędzej czy później dasz się złapać na jakimś oczywistym drobiazgu, którego uczą studentów I roku, co pociągnie za sobą podważenie tego, o czym mówisz, oraz całej twojej wiedzy w ogólności”
    Jestem entuzjastką szczepionek, siedzę piąty rok na studiach medycznych, a mimo to nie umiem wdawać się w dyskusje z antyszczepionkowcami. Bo niektóre rzeczy są oczywiste. Na udowodnienie innych trzeba przegrzebać wszystkie możliwe zasoby badań naukowych. Na niektóre tematy w ogóle nie robi się badań naukowych. Niektórych rzeczy po prostu NIE DA SIĘ WYJAŚNIĆ. Taki urok człowieka, że choćby go badać na tysiąc różnych sposobów, robić eksperymenty, i milion osób będzie wykazywać takie same wyniki, jedna na milion będzie wykazywać inne. I nie wyjaśnimy tego. I po prostu witki mi opadają, jak słyszę argumenty o big pharmie, przekupywaniu lekarzy itd itp. I dziesięć tysięcy oskarżeń o pracę lekarzy, często nieuzasadnionych.
    „Zatem przegrasz, bo podważanie jest łatwe, nie trzeba doń dowodów, wystarczy głośno krzyczeć, że szczepionki powodują autyzm; jest też atrakcyjne dla obserwatorów, bo nikt nie lubi mądrzącego się jajogłowego profesorka.” I to jest chyba najgorsze – że oskarżanie, podważanie jest łatwe, bronienie się – cholernie trudne.
    A sam film z chęcią obejrzę jak tylko gdzieś dorwę.
    Dobry tekst :)

  12. Merytorycznie wszystko już zostało powiedziane albo w treści albo w komentarzach ale za mało jest pochwał dla stylu, w jakim napisany jest ten tekst. Właśnie przeczytałem go drugi raz (po kilku tygodniach od razu pierwszego) i po raz drugi omal nie zakochałem się w Juliusie (oby te motylki w brzuchu to nie pasożyty jakieś) a jestem całkiem heteroseksualnym facetem. Aż się boję iść do kina, a premiera już niedługo.

  13. @Augustyn
    Bardzo serdecznie dziekuję, to ogromnie miło przeczytać taki komentarz :)
    Cóż mogę powiedzieć – życzę wspaniałych przeżyć podczas oglądania. Myślę, że się nie zawiedziesz, a nawet liczę, że zakochasz się jeszcze bardziej :). Bo mój tekst to tylko nieskładny zachwyt nad czymś naprawdę niezwykłym.

  14. Film jest w kinach od przedwczoraj, bylem jedna z 6 osob w kinie. Jesli ktos sie spodziewa dobrze zagranego dokumentu z ornamentem fabularnym, wyjdzie zadowolony. Postac AJ nie zauroczyla mnie, po doczytaniu w internecie – jeszcze mniej. Odnosnie strategii pomijajacej zeznania bezposrednich swiadkow – tymi samymi argumentami daloby sie podwazyc rezygnacje ze swiadkow byc moze w kazdej sprawie. Troche nie te czasy.
    Zabraklo ‚mow poznanskich’ (pojawily sie w procesie).
    Na takie filmy powinni wysylac studentow prawa.

  15. @sporothrix
    Dziękuję za linka do wywiadu i jeszcze raz za sam tekst. Widziałem film i bez tekstu do doceniłbym go wystarczająco. Nie zauważyłbym niektórych subtelności.

  16. Odebrałem jednak ten film jako dość przygnębiający i uważam, że nie przez sądy wiedzie droga do ukrócenia kłamliwej propagandy. Zgadza się, że role są świetnie zagrane, A.J. to pewnie nie tak częsty przypadek połączenia chłodnego umysłu i gorącego serca. Przegranie procesu przez D. Irvinga jednak niespecjalnie denialistom zaszkodziło. Z propagowaniem rzeczywistej wiedzy o świecie zawsze będziemy mieć pod górkę, bo człowiek ma wiele psychologicznych zabezpieczeń przed absorbowaniem nieznanej sobie wiedzy, chroniących przy okazji zestaw uproszczonych, najczęściej fałszywych, przekonań wszczepianych w czasie, gdy jeszcze nie zaczęło się samodzielne myśleć. Jeśli coś potrzebuje dobrego PR-u we współczesnym świecie, to metoda naukowa, żeby do każdego dotarły te zasadnicze spostrzeżenia, nt. procesu dochodzenia do prawdy i że „fajnie pisać w internecie” to za mało, żeby mieć coś wartościowego do powiedzenia. Coraz częściej dochodzę jednak do przekonania, że to daremny wysiłek skoro nadal, jako Ludzkość robimy swoje/business as usual.
    Poza tym, przyznajmy, Irvinga było łatwo pokonać bo to jakiś tytan intelektu nie jest (nawet w tej dziedzinie na której miał się niby znać), za to jest próżny, sam proces pomyślał jako publicity stunt i w swym zadufaniu nie skorzystał z pomocy prawnika. Prosił się o bęcki i je zebrał. Co jest wartościowe, to pokazanie innej metody rozprawiania się z oszustami tutaj w warunkach procesu o zniesławienie.
    Jedyna „korzyść” jaką przyniosła fala negacjonizmu Zagłady, to udokumentowanie wielu aspektów eksterminacji Żydów, których nikt wcześniej nie badał nie tylko z powodu braku funduszy, braku powszechnego zainteresowania tą problematyką, ale też oporami moralnymi, bo nieraz trzeba było się uzbroić w jakieś rzeczowe argumenty z zakresu pojemności dołów straceń, technologii spalania zwłok, produkcji podłoża pod Cyklon B itd. Nad brakiem podobnych informacji ubolewa zresztą filmowy Richard Rampton. To zresztą moja ulubiona postać w filmie i scena z Lipstadt w krakowskiej knajpce jest przepięknie zagrana, proszę zwrócić uwagę na ten gest przez zakręcaniu butelki wódki poprzedzający pewne bolesne wyznanie.
    Jest wiele zjawisk popkulturowych, które robią złą robotę naucę, jednym z polskich szkodników na tym polu jest np. b. popularny film „Znachor”. Wybitny lekarz doznaje amnezji i odtąd żyje w przekonaniu, że jest prostaczkiem ale skądś (nie wiadomo skąd) bierze mu się wiedza medyczna z zakresu anatomii, fizjologii człowieka, anestezjologii więc kierowany (oczywiście!) szlachetnymi pobudkami przeprowadza ryzykowne operacje w warunkach dalekich od sterylności, leczy ludzi ziołami/domowymi sposobami (bo przecież nie mógłby korzystać z pomocy nowoczesnej farmacji). Natomiast lekarz Pawlicki z dyplomem jest człowiekiem złym, do tego zazdrosnym o konkurencję, więc chce posłać za kratki taki talent jak Kosibę, wbrew „mądrości prostego ludu” który potrafi przecież rozpoznać prawdziwego lekarza od udawanego.

  17. Tak w ogóle Dzień dobry wszystkim. To powyżej to mój pierwszy tu wpis.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s